poniedziałek, 4 czerwca 2018

Nowy








Pismo codzienne ABC

Warszawa, wtorek 18 października 1927r. Nr 288.

Tekst w formie oryginalnej.




Wypędziła z mieszkania rodziną urzędnika bankowego.

Co słyszał listonosz ? Co widziała Pani I.S.



                  Jeden z domów przy ul. Bagateli od dawna cieszył się opinią domu, w którym "straszy". Między lokatorami tego domu utarło sie przekonanie,że niebezpiecznie jest wchodzić późnym wieczorem na korytarz, a broń Boże zejść do piwnicy. W swoim czasie jedna ze służacych, która brawurowała i drwiła sobie z "duchów", znalazłszy się raz w piwnicy o godzinie pół do dwnuastej w nocy, jak opowiadają, została przez "ducha" kilka razy spoliczkowana.

                   Ostatnio "duch" ten przeniósł teren swojego działania z piwnicy na pierwsze piętro do mieszkania urzędnika jednego z banków warszawskich ,p, R. Zjawa gospodarowała w mieszkaniu nawet podczas nieobecności mieszkańców. Opowiada listonosz S. Pewnego razu ów listonosz przyniósłszy korespondencje do p. R, uszłuszał że w mieszkaniu ktoś chodzi, przesuwa meble, dzwoni szklankami, na dzwonek jednak jeden, drugi, trzeci, dziesiąty dzwi się nie otwierały. W kilka dni później listonosz dowiedział się, że owego dnia w mieszkaniu nikogo nie było.


                  Ostatnio podczas "wizyty zjawy" zdarzały się niesamowite historje. Prócz przesuwania mebli wypijania wody, zjawa zapalała świecę, siadała przy biurku i przewracała w papierach. W ubiegłym tygodniu widmo zaczeło męczyć dziecko, czteroletnią córeczkę państwa R. W ciągu sześciu dni ubyło 2 i pół kg. Wagi. Według opowiadań pp.R. Widmo miało wysysać krew dziecku, czego dowodzić miały znaki, które na ciele zrana były zaognione, wieczorem zaś znikały.



                   P.R., który przed paru dniami z tego mieszkania wyprowadził się, zaprosił pewnego razu do siebie towarzystwo, składające się z dwuch lekarzy, artystki I.S i p.M.N., oraz p. Wotowskiego.
Oto co nam mówi o tym seansie p. I. S. Uczestniczka tego seansu.


      • Mieszkanie, o którem mowa, i cały dom wywiera odpychające wrażenie. Za nic bym tam nie chciała mieszkać, a po nocy, spedzonej w tem mieszkaniu jestem jeszcze do dzisiaj pod wrażeniem sceny, jaka tam miała miejsce. Siedzieliśmy tam od godziny 11 do godzi. 3 po północy. Odnosiłam wrażenie, że z każdego kąta ktoś się na mnie patrzy. Uczestniczka seansu p.M .N. Stwierdziła, że widziała zjawę. Według jej opowiadań, w pewnym momencie uchyliły się drzwi i do pokoju wpłyneła bryła brunatnej masy. Miało to byc zjawą mężczyzny. Zjawa zbliżyła się do p. M. N. I spojrzała na nią fosforującemi oczyma. Co dalej się stało , p. M. N. Nie pamięta. Zdarzenie to zmusiło do przerwania posiedzenia. Czemprędzej zabraliśmy się z tego domu. Odetchnełam, gdy znaleźliśmy się na ulicy.

Tyle p. I. S., czy czasem te zjawy nie są objawem chorej wyobraźni mieszkańców ?

Postaramy się to w najbliższych dniach wyświetlić.

                          Niesamowite historje ze zjawami, łóżkami płomykami etc.

                      Od kilku dni Warszawa ma "sensacje", z domem, w którym "straszy". Jest to jedna z kamienic przy ul. Bagatela, gdzie według opowiadań lokatorów po nocach awanturują sie "duchy", a nawet jedno z widm miało – według opowiadań lokatorów tego domu pp.R. - wysysać po nocach krew kilkuletniej córeczce pp.R.

                       Cała historja z "duchami" jest prawdopodobne objawem zbiorowej suggestji. Aby wyjaśnić tę dziwną historję, współpracownik "ABC" udał się wczoraj na seans w tem tajemniczemu mieszkaniu o oto jego sprawozdanie :



                        We wczorajszym numerze pisaliśmy o tajemniczym "duchu", który grasuje na terenie domu przy ul. Bagateli, który zmusił do opuszczenia mieszkania lokatora tego lokalu p. R. Aby "wyjaśńić" tajemnicę dziwnego mieszkania , grono osób urządziło przed kilku dniami w mieszkaniu seans spirytystyczny. Seans, został przerwany w nocy z soboty na niedzielę z powodu ataku nerwowego, jakiemu uległa jedna z uczestniczek p. M. N.


                       Nocy dzisiejszej seans został powtórzony przy współudziale znanego jasnowidza p.inż, Oss, jednego medjum – amatora i p. Wotowskiego. Ogółem w seansie brało udział sześć osób. Przedewszystkiem rozpoczoł próby p. Inż, Oss., który zamknoł się środkowym pokoju w zupełnych ciemnościach i usiłował nawiązać kontakt ze zjawami. Po półgodzinnem przebbywaniu w samotności , p. Oss, wezwał pozostałych uczestników i wskazując na ścianę zapytał :

  • Proszę. Czy widzicie te dwa kwadraciki fosforyzujące lekko na tej ścianie ?
                       Nasz współpracownik, biorący z obowiązku sprawozdawcy udział w seansie, spojrzał na ścianę i mimo wytężonego wpatrywania się na ścianę nic nie zauważył p.M., który jest, jak już zaznaczyliśmy, medjum z amatorstwa, a także i inni uczestnicy seansu nic nie widzieli. Następnie usiłował nawiązać kontakt z "duchami" p.M. W tym celu usiłował wpaść w trans medjumiczny i wywołać "zjawę". Pomimo wielkich wisiłków ze strony medjum, zjawa nie ukazała się. Siedzieliśmy wszyscy wokoło stołu, trzymajc się za ręce. W pokoju pogrążonym w półmroku około godziny pół do drugiej w nocy p.M.

                     Zaczął wpadać w dawno oczekiwany sem medjumistyczny. W tym momencie w drugim pokoju rozległ się cichy szmer, jak gdyby ktoś skradał się do drzwi. Za chwilkę w drugim pokoju skrzypneły drzwiczki od pieca. I znów cisza. Po 15 minutach oczekiwania w pokoju z lewej strony drzwi ukazał sie płomyczek, który mrugnąwszy kilka razy zgasł.

                     Po chwili w drugim kącie pokoju ukazał się fosforyzujący płomyczek, a obok niego drugi, które po kilku sekundach złączyły się razem i zgasły. Próby z papierem i ołówkiem nie dały żadnych rezultatów. "Duch" pisać nie chciał. Wreszcie przy końcu seansu obecni udali się do sypialnego pokoju gdzie p. Oss położył się na łóżku. Po kilku minutach, p. Oss, zerwał się z łóżka i oświadczył, że łóżko zlekka zachwiało się i uniosło się w górę. W trakcie, gdy p.Oss. Wstawał z łóżka, dał sę słyszeć lekki stuk.


                    W konkluzji p.Stan. Wotowski oświadczył, że choć wprawdzie nocy dzisiejszej zjaw nie było i w czasie poprzednich seansów opróczp M.N. Nikt zjawy nie widział, to jednak mieszkanie posiada coś niesamowitego, coś co pozwala dłużej przebywać w tem mieszkaniu, i co napawa mieszkańców tego lokalu dziwnym tajemniczym strachem.


Zakaz kopiowania materiału bez zgody.

Marcin Zając. 





Duch przy ulicy Bagateli 1927 r. Warszawa.

Czytaj więcej

poniedziałek, 12 marca 2018

22 grudnia 1958 roku (poniedziałek) ok. godz. 15 w Muszynie w powiecie nowosądeckim, dr Stanisław Kowalczewski sfotografował dziwny obiekt, który na zdjęciu wyglądał jak UFO! Analizą zdjęcia i relacji świadka zajęli się prof. Włodzimierz Zonn i Jerzy Pokrzywnicki. Niecodzienne zjawisko zostało zinterpretowane przez Pokrzywnickiego, jako prawdopodobny bolid. Fotografia ta ukazała się w prasie codziennej, m.in. w: Stolicy i Życiu Warszawy. 








Interpretacja Pokrzywnickiego (1959, Urania) (pisownia oryginalna[2]):
   
Pokrzywnicki (1959, Urania)

O zjawisku obserwowanym 22 grudnia 1958 r. w Muszynie

Dnia 22 grudnia 1958 r. o godzinie 15 p. dr Stanisław Kowalczewski z Warszawy, bawiąc w miejscowości Muszyna (uzdrowisko nad Popradem koło Krynicy), był świadkiem następującego zjawiska, którego szczegóły zaczerpnąłem częściowo z prasy, a częściowo z ust samego świadka zjawiska.

Dr Kowalczewski zafrapowany oryginalnym zabarwieniem nieba od strony południowej, pragnął jego widok utrwalić na kliszy, robiąc zdjęcie z okna swego mieszkania w Muszynie. Nim nacisnął na migawkę, ujrzał jak chmura nad górą zabarwiła się nagle na żółtawy, wpadający w pomarańczowy kolor. Barwa ta objęła następnie wyższe pasma chmur, a więc przesunęła się od dołu — ku górze. Natychmiast po tym, spoza tej chmury „wysunęła się“ (raczej ukazała się; przyp. mój) świecąca „Tarcza“ (właściwie tylko jakaś część Tarczy, przyp. mój), którą obserwator przyjął w pierwszej chwili za Słońce (w. rysunek). O swym błędzie przekonał się jednak niezwłocznie po tym, ponieważ Słońce znajdowało się znacznie bardziej na zachód.



Po zrobieniu zdjęcia dr K. zszedł natychmiast ze swego mieszkania na II p. i spojrzał na niebo, lecz niczego na nim niezwykłego nie zauważył. Nic w tym dziwnego, jakaś szara chmurka na którą mógł paść wzrok dr K. — nie mogła zwrócić na siebie jego szczególnej uwagi. Nasza chmurka mogła trwać nawet dość długo na niebie, rozpraszając się powoli w atmosferze i nie wywołując u nikogo zainteresowania.

Po wywołaniu kliszy dr K. dojrzał na niej ku swemu zdziwieniu dwie plamy: jedną dolną ciemniejszą i drugą słabszą u góry. Zdjęcie zostało wykonane aparatem niemieckim „Werra“ o obiektywie siły światła 2,8 i ogniskowej 50 mm. Migawka — 1/50 sek. Błona „Agfa“ Izopan JSS o czułości 21 din.


 




Klisza została poddana ekspertyzie fachowców fotografów. Można z niej sądzić, że dolna plamka odzwierciedla zjawisko rzeczywiste, gdy natomiast górna jest wynikiem albo załamania światła w samym aparacie, bądź odbiciem na chmurach dolnej plamy.

Reprodukowane na 2 str. okładki zdjęcie (udzielone mi przez p. dr Kowalczewskiego) było opublikowane w niektórych czasopismach, (np. nr nr 37 i 40 „Życia Warszawy“) między innymi z uwagą, że figurująca na zdjęciu plama przypomina „do złudzenia“ wizerunek tzw. „latających talerzy“.
Muszyna 1958 (Urania 4 1959)-ryc.jpg

 




Nie chcę się wdawać w rozważania zagadnienia tych „talerzy“ czy też podobnych utworów i ich realności, zauważę tylko, że w naszym wypadku wielkość uwidocznionej na kliszy plamy czy chmurki (wielkość, której ocena jest zależna od jej odległości) może być oceniana na co najmniej 100 z górą metrów Zresztą widać na kliszy, jak rąbek dolnej plamy przesłania nieco od dołu chmurka, a więc nasza plama leży prawdopodobnie gdzieś dość daleko, w każdym razie poza tą woalującą chmurką. Uwaga ta nasuwa się przy porównaniu możliwej wielkości tzw. „latających talerzy“ z rozmiarami naszej plamy. Dalej, jeśli skojarzymy przesuwający się błyskawicznie od dołu ku górze blask w chmurach z „wyskakującym“ zza tych chmur kawałkiem „świecącej Tarczy“ i z ukazaniem się na kliszy ciemnej „plamy“ (takie skojarzenie wydaje się logiczne), to wynika poważna wątpliwość, czy te zjawiska mogły być wynikiem przelotu jakiegoś tak dużego stałego przedmiotu, gdybyśmy nawet mogli uważać, że leciał on od dołu ku górze.

Ograniczę się do powyższych uwag na temat „talerzowej“ hipotezy i postaram się wyjaśnić przebieg zjawiska i jego genezę, w sposób bardziej naturalny.

Wiemy, że ciało meteorytyczne przenikając do niższych warstw atmosfery, rozżarza się na powierzchni i świeci bardzo jasnym blaskiem, nieraz wielokrotnie przewyższającym jasność Księżyca w pełni. W miarę swego lotu rozżarzona jego powierzchnia jest „zdmuchiwana“ i rozprasza się w atmosferze.

 





Jeśli takie ciało posiada stosunkowo niewielką masę, „spala się“ całkowicie w atmosferze, dając z czasem spadek pyłu, zwanego „pyłem meteorowym“. Jeśli natomiast kosmolit posiada większą masę tak, iż nie zdąży rozpylić się całkowicie w atmosferze w czasie swego lotu, to część jego masy może spaść na ziemię w postaci bryłek i brył, które nazywamy „meteorytami“. W końcowym stadium swego lotu w t. zw. „strefie zahamowania“, kosmolity dają nieraz jasne efekty świetlne, szczególnie intensywne jeśli masa kosmolitu jest stosunkowo duża. Pozostawiają one po sobie chmury pyłowe, które w zależności od swej masy (i innych warunków) pozostają dłużej lub krócej widoczne: w ciemnej postaci na tle dziennego nieba, lub w postaci jasnej w nocy, o ile są oświetlone z boku przez Księżyc lub Słońce, gdy jego promienie sięgają jeszcze wyższych warstw atmosfery, gdzie powstała chmura.

Jeśli chodzi o bolidy dzienne, to np. w miejscu zniknięcia meteorytu „Staroje Boryskino“ (chondryt węglisty o dużej zawartości grafitu; spadł 20. IV. 1930 o g. 13) ukazał się obłoczek „dymu“. Podobny obłoczek powstał w strefie zahamowania meteorytu Kuźniecowa (spadł około g. 17—18, 26 maja 1932). Takich przykładów można by przytoczyć więcej.

 





Podobno jeden z fotografów zauważył na kliszy, jak gdyby jakieś drobne przesunięcie się chmurki w czasie zdjęcia (1/50 sek.). O ile taki fakt miał istotnie miejsce, nie przeczy to zupełnie hipotezie chmurki pyłowej, ponieważ jej materia w chwili „wybuchu“ bolidu może mieć bardzo różne i duże prędkości. Wydaje się, że właśnie mamy w naszym wypadku do czynienia ze zjawiskiem bardzo jasnego bolidu, chociażby z tego powodu, że dr Kowalczewski uległ złudzeniu, iż część widocznej przez niego „Tarczy“ to było Słońce — a więc bolid musiał być bardzo jasny. W wyniku rozpadu bolidu powstała chmura pyłowa.

Można dalej zauważyć, że wydłużony z zachodu na wschód kształt chmurki mógłby nasuwać przypuszczenie lotu bolidu z zachodu na wschód, który to kierunek jest charakterystyczny dla większych meteorytów; jednak z równym powodzeniem można by sądzić, że ten kierunek był odwrotny, ze wschodu na zachód.

 

Supozycja ta upadłaby, gdyby przyjąć, że to co odbiło się na kliszy jest tylko częścią chmurki pyłowej, której pozostała część została zasłonięta chmurami. Barwa jej czarna nie oddaje również jej barwy rzeczywistej — była ona prawdopodobnie szara, lub ciemno szara.

Rozważmy jeszcze inną możliwość. Na dzień 22 grudnia przypada maksimum potoku meteorytów t. zw. Ursyd, których radiant (α = 15h 32m i δ = +83°) leży w okolicy gwiazdy ε UMa, a więc w nigdy nie zachodzącej pod naszymi szerokościami konstelacji Małej Niedźwiedzicy.[5] Potok ten zaliczany do potoków „młodych“, wiążą z kometą Tuttle’a. Gdybyśmy przypuścili, że nasz bolid pochodził właśnie z tego potoku, musielibyśmy przyjąć, że biegł on z północy na południe. Wówczas oświetlenie chmur przesuwające się stopniowo od dołu ku górze można by wytłumaczyć odbiciem lotu bolidu w chmurach, a więc kierunek przesuwania się tego oświetlenia byłby odwrotny do kierunku rzeczywistego biegu bolidu. Podobnemu złudzeniu uległa większość obserwatorów spadku meteorytu pod Łowiczem (spadł 12 marca 1935, parę minut przed g. 1 w nocy), którzy kierunek jego lotu przy zachmurzonym niebie podawali zgodnie „z zachodu na wschód“, gdy tymczasem rzeczywisty niewątpliwie stwierdzony kierunek lotu tego kosmolitu był ze wschodu na zachód.[6]

Uwadze komentatorów zjawiska uszła ciemna smuga pionowa widoczna na zdjęciu w prawej górnej części fotografii. Przyjmując hipotezę lotu bolidu z północy na południe, można ją zinterpretować jako odbicie lub cień w chmurach smugi pyłowej, którą pozostawił za sobą bolid. Przy pewnym układzie chmur mogła się odbić tylko część tej smugi. Oczywiście nie znając dokładnie rozkładu chmur, ich wysokości i gęstości, trudno w tej kwestii i innych związanych z lotem bolidu, wypowiedzieć się ostatecznie.

Wróćmy jeszcze do zjawisk świetlnych zaobserwowanych przez p. dr K. „Wysuwanie się“ spoza chmur części jasnej „Tarczy“ nie mogło być ze względu na jego krótkotrwałość, stwierdzone przez obserwatora. To co widział obserwator było po prostu częścią „głowy“ bolidu chwilą przed jego stadium końcowym, lub też w momencie jego rozpadu — na zaobserwowanie którego pozwoliła luka w chmurach. Bolid rozpadł się na pograniczu pomiędzy tą luką a chmurami, które go częściowo zasłoniły. Chmurka powstała w miejscu, gdzie ukazała się „Tarcza“.

Powyższe rozważania na temat kierunku lotu bolidu utrzymane w granicach rozsądnego prawdopodobieństwa, nie wykluczają innego jeszcze kierunku tego lotu, mianowicie: z południa na północ lub kierunków zbliżonych. W tym wypadku przesuwające się od dołu ku górze oświetlenie chmur, moglibyśmy wytłumaczyć przeświecaniem bolidu przez cienką warstwę chmur w końcowej fazie jego lotu. Jak widzimy z tych wszystkich rozważań, kierunek lotu bolidu nie może być z pewnością ustalony. Osobiście jednak uważam, że najprawdopodobniejszy kierunek był z północy na południe.

Jeśli przyjmiemy hipotezę bolidu, to mogą tu być zasadniczo dwie ewentualności: albo był to „zwykły“ bolid, tylko bardzo jasny, którego materia rozproszyła się całkowicie w atmosferze, albo druga możliwość: że był to „superbolid“, a więc bolid, z którego mogły wypaść meteoryty. Tu musimy zauważyć, że strefa zahamowania i zgaśnięcia zwykłych bolidów leży bardzo wysoko. Nie znam takich bolidów, u których ta strefa leżałaby poniżej trzydziestukilku km. A więc, był to jakiś bolid zupełnie wyjątkowy, albo też wysokość punktu jego rozpadu znajdowała się conajmniej na tej wysokości. Jeśli natomiast przyjmiemy, że nasz bolid był „superbolidem“ tj. bolidem roniącym meteoryty, to stosunkowo nieduża (nie mniejsza jednak od 3—4 km) wysokość chmurki, dałaby się wyjaśnić z punktu widzenia meteorytyki, ponieważ znamy wypadek (meteoryt Homestead[7]), gdy wysokość rozpadku meteorytu wynosiła tylko 3,7 km (inne rozpadały się na różnych wysokościach).

Jeszcze parę słów na temat braku zjawisk akustycznych, które towarzyszą bardzo często wielkim bolidom i spadkowi meteorytów. Otóż znamy szereg wypadków takich spadków bez silniejszych zjawisk akustycznych, np. „wystrzałów“. Np. przy spadku meteorytu Pawłodar[8] (spadł 23 maja 1938 r., około godz. 13) zarejestrowano tylko silny szum, przy spadku meteorytu Cmień (sierpień 1858 r.)[9] tylko silny gwizd itd. W obu wypadkach i wielu innych, nie zanotowano silniejszych zjawisk akustycznych w dalszych okolicach od miejsca spadku meteorytów. Dalej, przy spadku niektórych meteorytów, zanotowano istnienie tzw. „strefy ciszy“, gdzie dźwięki słyszane gdzie indziej, nawet dalej od miejsca spadku, nie dały się zauważyć. Wreszcie w wypadku naszego bolidu różnego rodzaju dźwięki, które doszły do Muszyny dopiero po pewnym czasie, mogły, jeśli miały istotnie miejsce, przejść nie zauważone, szczególnie jeśli były stosunkowo mało intensywne.

W wyniku tych wszystkich rozważań możemy przyjąć w granicach rozsądnego prawdopodobieństwa, że zjawisko zarejestrowane przez dr K. w Muszynie było bolidem, który rozpadł się na wysokości nie niższej od 3—4 km. Hipotetyczny zasadniczy kierunek jego lotu, mógł być z północy lub kierunków zbliżonych. Rozpad bolidu dal chmurkę pyłową i mógł dać spadek meteorytu lub meteorytów.

Byłoby rzeczą wskazaną, aby opisanym zjawiskiem, które powstała właściwie nad terenem Czechosłowacji, zainteresowali się nasi koledzy astronomowie i miłośnicy astronomii tego kraju.

            Jerzy Pokrzywnicki
            (Sekcja Meteorytyki P. T. M. A., Warszawa) 





Źródło wikipedia.

Przelot Ufo nad Muszyną 1958 r

Czytaj więcej







Zachowano oryginalny tekst.


         Dwukrotnie już referowaliśmy o poruszeniu, jakie wywołały w Niedźwiedzinach i okolicy rzekome wizje 12- letniej Zofji Łukaszewiczówny. Całość domysłów i rzekomysz zjawisk obracała się około szczytowego wydarzenia podczas tajemniczych zajść, którem było napisanie przez rzekomego ducha kartki następującej : "Jestem Surwek Marjan, 24 lat, kawaler z Turostówka, pow. Gniezno, utopiłem się 14. 8. 1933 w jeziorze. Po świecie chodzę bez wybawienia. Wybawcie mnie, to pójdę precz. Polak niemowa. Wybawić mnie może jedynie ksiądz z Dąbrówki ".

             Kartka ta, napisana przez rzekomego ducha na ptanie : kim jestś ? Po podaniu ołówka na łóżka, w którem leżała chora Zofja Łukasiewiczówna, wywołała zrozumiałe wrażenie. Zajęli się sprawą sąsiedzi i władze. Okazało się, że w jeziorze turostowskiem ani też turowskiem nikt wspomnianego dnia nie utonoł. Z rozmów z Zofją Łukasiewiczówną dowiedziano się, że w dniu 27 marca na drodze do szkoły napotkała ona pewnego mężczyznę, ubranego na czarno, który pytał się o drogę do Pawłowa. Musiała się go bardzo przestraszyć, gdyż rozchorowała się i wspomniała o nim. Dostawiła chwilami ataku, ręce i nogi się jej trzęsły, a gdy leżała w łóżku, wyrzucała wszystko, cokolwiek jej podano. Gdy podawano jej ołówek i kartkę, wówczas rzekoma zjawa pisała odpowiedzi na pytania. Jest zupełnie prawdopodobne, że dziewczynka, która tak zasugestjonowała domowników i sąsziedztwo, chwytała ołówek przez pościel i pisała nim na kartce. Ten szczegół zostanie prawdopodobnie całkowicie udowodniony.

            W dniu 3 kwietnia badał 12-letnią Zofje Łukasiewiczównę w obecności sołtysa p. Konstabtego Budnika, lekarz powiatowy p. dr. Likowski. Dziecko jest stosunkowo mało rozwinięte, ma zdrowe serce i płuca, jest chore, gdyż odczuwa boleści przy nacisku na jamę brzuszną i w okolicach po obu stronach bioder. Próba z objawem Romberga dała wynik ujemny. Należy zaznaczyć, że mała Łukasiewiczówna lubiła bardzo swą ciotkę Jóżefę Łukasiewczową, do której często uciekała, a gdy niekiedy wychodziła bez pozwolenia rodziców, zagrożono je karą. Była onieśmielona, a po dłuższej rozmowie odpowiadała jakkolwiek nieśmiało, to jednak logicznie. Odpowiadała, że boi się : czarnego dziada ", który według jej zdania chodzi od domu do domu, i obawia się, by jej nie zabrał. Opowiadania otoczenia dziewczyny potwierdzają fakt ten, gdyż widziano tam we wsi nieznanego bliżej mężczyznę.





       Jakie mogą być powody, które skłoniły dziewczynkę do tak fantastycznego pomysłu, zostanie zapewne niebawem ustalone. Proawdopodobnie złożyło się na to szereg przyczyn ściśle domowych. M. in. Przed dwoma tygodniami chciała ona spać w kołysce, a życzeniu temu rodzice jej, którzy nic podejrzanego zresztą nie zauważyli, uczynili zadość. Jedynie podkreślają rodzice, że uciekała ona wprost do ciotki, gdzie nie było dzieci, jednak chętnie zabawiała najmłodsze dziecko, którem z reguły zajmowała się 9-letnia jej siostra. Zeszyty jej szkolne są ładnie utrzymane, mała wizjonerka pisze ładnem pismem pionowym, a poszczególne pociągnięcia wykazują podobieństwo do pisma na kartkach, pisanych przez rzekomego "ducha".

       Obserwacje przodownika policji p. Mikuły ze Skoków potwierdzają przypuszczenie, że mała Zofja Łukasiewiczówna wsówała rękę pod powłokę i w ten sposób chwytała laskę, którą uderzała ludzi względnie rzucała przedmioty na podłogę lub też brała ołówek i pisała na podanych jej kartkach. Pewn objawy wskazują na prawdopodobieństwo histerji. Jest uzasadnione przypuszczenie, że wprowadzanie w błąd odbywa się świadomie – możliwe jest jedna również działanie podświadome wobec otoczenia tak silne zasugestjonowanego, że ta sugestja udziela się również małej wizjonerce. Pewne szczegóły wskazują na to, że Łukasiewiczówna chciała przebywać swobodnie u ciotki, a nie chcąc się zajmować najmłodszą siostrą. Pewne pobudki lęku na widok dziwnie wyglądającego człowieka i okoliczności różne rozbudziły fantazje dziewczęcia do tego stopnia, że sprawa duchów w Niedźwiedzinach zaczeła poruszać w mieszkaniu Łukasiewiczów niepotrzebnie nie tylko meble, ale i umysły tak domowników, jak i okolicznej ludności.

Jesteśmy przekonani, że tajemnicze historje z Niedźwiedzin pod skokami są już szczęśliwie zlikwidowane i nie przyczynią już nikomu kłopotu. (kl)





Jak widać w tamtych czasach takie sprawy też musiały być zbadane . Zastanawia mnie tylko jedno, jaką owe dziewczę dostało karę za te psikusy z duchem.

Pozdrawiam.


Zakaz kopiowania bez pozwolenia.

Duch przesuwający meble i umysły " Niedźwiedziny gmina Skoki " 1934

Czytaj więcej

sobota, 10 marca 2018

    
 Tekst w oryginalnej formie z 1929 roku.








 Dnia 20 kwietnia 1929 zawiadomiono mię telefonicznie z urzędu pocztowego w Łomnej, że we wsi Z., powiatu turczańskiego, w budynku szkolnym, dzieją się niesamowite rzeczy, że jakaś złośliwa zjawa zaatakowała w nocy tamtejszego nauczyciela, raniąc go poważnie. Równocześnie zaproszano mię, jako zajmującego się okultyzmem, abym zbadał na miejscu to nadzwyczajne zjawisko.



     Przyjąłem zaproszenie – i zaraz następnego dnia wyjechałem do Turki, aby stąd końmi pojechać do górskiej wsi Z., oddalonej o 16 km. Od Turki. Dla pewności skomunikowałem sie telefonicznie z urzędem pocztowym w Łomnej, skąd otrzymałem wiadomość, nauczyciel B. Właśnie wyjechał do Lwowa do lekarza i jest w drodze do stacji kolejowej w Turce.





      Istotnie po upływie kilku godzin na stacji, wśród licznych podróżnych, rozpoznałem odrazu nauczyciela B., jakkolwiek go w życiu nie widziałem, ku niemałemu jego zdumieniu. Zaraz po pierwszych słowach przekonałem się, że o eksperymentach z domniemanym medjum niema mowy, gdyż p.B., z powodu upływu krwi słaniał się na nogach i potrzebował pomocy lekarskiej. Zato w drodze do Turki do Sambora miałem sposobność w 2-godzinnej pogawędce, w osobnym przedziale, dowiedzieć się o bliższych szczegółach tajemniczego zjawiska.





                                                     Opowiadanie Nauczyciela.



      Przed kilku tygodniami zauważył nauczyciel B. ( lat około 22, stanu wolnego, mieszka sam jeden w budynku szkolnym), że , skoro tylko w nocy zgasi światło, zaraz powstają w jego sypialni jakies hałasy, stukania i szmery. Z początku tłumaczył sobie te głosy w naturalny sposób, skoro jednak hałasy nie ustawały, zapragnął zbadać przyczynę przy pomocy lampki elektrycznej.





      Następnej nocy, gdy znowu usłyszał hałasy, zaświecił latarkę, i zauważył, jak dzwi pokoju, które z wieczora zamknął na klucz, w jego oczach otwierają się same, a następnie zamykają.

Następnych nocy powtarzały się te same hałasy, a rano, po przebudzeniu się, zastawał na środku pokoju piramidę z krzeseł. Wykluczone było działanie innych osób, gdyż drzwi były zamknięte od wewnątrz na klucz, zaś okna były nienaruszone.



      Pewnej nocy w marcu 1929, gdy zbudzony hałasami zaświecił latarkę, zauważył, ku swemu wielkiemu przerażeniu, mężczyznę w wieku 30 lat, ubranego po miejsku, przechadzającego się po sypialni. Zjawa, nic nie mówiąc, wkrótce się rozwiała.



      O zjawiskach tych nauczyciel nikomu nie opowiadał, ponieważ bał się, aby go nie uważano za chorego umysłowo, lub za człowieka, stojącego w dziwnych konszaktach z tak popularnym na wsi "biesem". Nadto obawiał się, aby to nie zaszkodziło jego karjerze nauczycielskiej, zwłaszcza wobec groźnego § 116. Prosił mię też, abym nie podawał jego nazwiska do publicznej wiadomości.





      Jednej z następnych nocy, obudzony, jak zwyczajnie, hałasami, zobaczył przy świetle latarki elektrycznej tego samego mężczyznę, stojącego u jego wezgłowia. Podejrzewając, że zjawa żywi ku jego osobie jakieś nieprzyjazne zamiary, chwycił za leżący na szafce nocnej nóż i ugodził nim zjawę. Odczuł, że uderzenie były wymierzone w próżnię. Zjawa natychmiast znikła, lecz przy świetle lamki elektrycznej widział wyraźnie, jak poruszała się firanka, którą było przysłonięte okno. Oglądając bliżej miejsce czynu, zauważył , że nóż, którym ugodził zjawę, był cały skrwawiony (?). Zajście to tak nim wstrząsnęło, że ze strachu całą noc dygotał jak w febrze.








      Kilka nocy później ta sama zjawa mężczyzny wręczyła mu rewolwer ze słowami: " Na, masz, zastzrel się !" Pan B. Chwycił za podany mu rewolwer i oddał dwa strzały w w kierunku zjawy. Zapytany, skąd nabrał tyle odwagi, odparł, że działał instynktownie, pod wpływem wrodzonego każdemu człowiekowi pragnienia samoobrony wobec grożącego niebezpieczeństwa. Po strzałach rewolwer rozpłynął się w powietrzu(?).



      Badając bliżej teren działania, zauważył p.B. Na siedzeniu krzesła odbitkę dłoni ludzkiej, jakgdyby ktoś przed chwilą wypalił ją ogniem. Na ścianie, w kierunku której dwukrotnie wystrzelił, zauważył świeży ślad, odpowiadający kuli rewolwerowej, drugiego śladu nie było, również kuli nigdzie nie znalazł.





      Na suficie zauważył zaś odbite wyraźnie obie dłonie ludzkie, jakgdbyby namalowane jakąś farbą, zaś ponad temi odbitkami widniał dziwny napis w zygzakach. Odtąd postanowił p.B. Nie gasić więcej światła w nocy, mając nadzieję, że zjawa nie odważy się go zaatakować przy pełnym świetle lampy. Nadzieja okazała się zwodniczą...





      Zaraz następnej nocy zobaczył o tej samej godzinie nocnej tą samą zjawę, która, zbliżając się do łóżka nauczyciela, mówiła :" To twój koniec"-- i wręczyła mu szablę, którą p.B. Zasłonił się przed zjawą. W tej samej chwili zjawa wytrąciła nauczycielowi szablę z rąk, poczem zadała mu drugą (?) szablą cięcie przez brew lewego oka, nasadę nosa i policzek. Krew oblała twarz opowiadającego, który zemdlał i padł na podłogę. Kiedy nad ranem przyszedł do przytomności, zauważył na podłodze dużą kałuże krwi, zaś na twarzy widać było otwartą ranę, o ostrych brzegach. W następstwie tego uszkodzenia czuł się przez kilka dni bardzo osłabionym, gorączkował i ulegał kilkakrotnie atakom sercowym, które kończyły się omdleniem. Rana powyż opisana zagoiła się sama przez się do 24 godzin tak gruntownie, że nie pozostał po niej prawie żaden ślad.







      Mój informator, człowiek inteligentny, opowiadał to wszystko poważnie, zdając sobie dokładnie sprawę, co znaczy halucynacja. Nie miałem żadnego powodu wątpić w szczerość słów opowiadającego, zwłaszcza, że od innych osób słyszałem potwierdzenie tego opowiadania. W szczególności, jak słyszałem, stróż szkolny miał po opisanem zajściu zmywać obficie zbroczoną krwią podłogę.







      Po wyzdrowieniu p.B. Zamierzam przeprowadzić z nim doświadczenie w obecności kilku osób. Tymczasem podaję te fakty do wiadomości, aby zainteresować powołane do tego osoby, któreby chiały zająć się bliższem zbadaniem tych dziwnych zjawisk, zwłaszcza, że moja praca zawodowa nie pozwala mi na liczne kosztowne wyjazdy, celem badania zjawisk w odległych miejscowościach.



Sambor, w kwietniu.

Zakaz kopiowanie bez pozwolenia.

Strachy w wiejskiej szkole 1929 rok

Czytaj więcej

czwartek, 8 marca 2018







Baba Vanga była znana ze swoich proroctw. Musimy nadmienić tutaj, że daru nie miała od samego początku. Przyszedł z czasem. Kobieta urodziła się 31 stycznia 1911 roku w Strumnicy. W tamtych latach Strumnica należała do imperium Osmańskiego. Pochodziła z ubogiej rodziny. Kiedy jej ojciec został powołany do służby wojskowej nasza wieszczka była w tym czasie pod opieką sąsiadów.
Po powrocie z wojny, ojciec Vangi ożenił się powtórnie i wraz z całą rodziną przeniósł się do wsi Nowe Seło.
W roku 1923, w czasie wichury została przewrócona i poraniona; znaleziona przez rodzinę była przerażona i miała oczy pełne piasku. Z braku środków finansowych nie przeprowadzono operacji oczu i została wysłana do szkoły dla niewidomych w Zemun. Zajęcia pozwalały poznać jej alfabet Braille’a oraz podstawowych prac domowych. W 1928 roku, po śmierci macochy przerwała naukę by wrócić do domu opiekować się rodzeństwem i pomóc ojcu w pracach domowych. W 1939 roku zachorowała na zapalenie płuc. Lekarze mieli złe rokowania, jednak szybko wróciła do zdrowia.
W 1941 pojawiły się u niej zdolności jasnowidzenia, zaczepiała napotkanych ludzi i przepowiadała przyszłość i diagnozując ich choroby, doradzając który lekarz lub znachor powinien się nimi zająć. Dziesiątki tysięcy ludzi odwiedzały jej dom pytając o los swoich bliskich. W 1942 roku przyjechał do niej nawet sam car Borys III. W 1967 władze Bułgarii przyznały jej stałą pensję i ustaliły cenę za jej wizyty.
Następnie w 1942 poślubiła Dimityra Guszterowa, któremu wskazała morderców jego braci. Po ślubie przeprowadziła się wraz z mężem do Petricza. Dimityr następnie został powołany do armii gdzie służył na terenach północnej Grecji, okupowanych przez Bułgarię. Po wojnie mąż Vangi popadł w chorobę alkoholową i zmarł w 1962 roku. Baba Vanga zachorowała na raka piersi, nie pozwoliła się operować i zmarła. Została pochowana we wsi Rupitie, w pobliżu kaplicy św. Paraskewii, której była fundatorką . Na mocy testamentu dom Baby Vangi został przekształcony w muzeum które otwarto 5 maja 2008 roku.





Proroctwa Baby Vangi:

2008 – Lokalny konflikt na Półwyspie Indyjskim i związany z nim bezprecedensowy atak na cztery głowy rządów (można domniemywać, że chodzi o prezydentów), co w przyszłości stanie się jednym z mniej znaczących acz ważnych zwiastunów Trzeciej Wojny Światowej.
2010 – Trzecia Wojna Światowa, która rozpocznie się 10 listopada i zakończy w październiku,
2014 roku. Rozpocznie się dość typowo – od prowokacji i lokalnej wojny, gdzie zostanie użyta broń chemiczna (i/lub nuklearna).
2011 – W wyniku opadu radioaktywnego północna półkula Ziemi będzie niemal pozbawiona fauny i flory. Następnie wrogowie zaczną chemiczną wojnę przeciwko pozostającym przy życiu Europejczykom.
2014 – Większość ludzi (na półkuli północnej) zginie w wyniku raka i innych chorób skóry spowodowanych napromieniowaniem i chemikaliami.
2016 – Europa prawie w całości wyludniona.
2018 – Chiny stają się potęgą światową. Wydobycie ropy naftowej się kończy.
2023 – Niewielkiej zmianie ulega orbita Ziemi.
2028 – Zostanie wynalezione nowe źródło energii. Panuje głód. Zostaje wysłany załogowy statek na Wenus.
2033 – Tereny polarne topnieją. Podnosi się poziom oceanów.
2043 – Europa i świat zaczynają się ekonomicznie odradzać. “Europa w większości muzułmańska”.
2046 – Każdy ludzki organ może być stworzony od podstaw. Transplantacja organów staję się najbardziej efektywną metodą leczenia.
2066 – Podczas ataku na “Muzułmański Rzym”, Stany Zjednoczone użyją nowego typu broni – “broń klimatyczna”. Konsekwencją jej działania jest całkowite ochłodzenie klimatu na terytorium wroga.
2076 – “Bezklasowe społeczeństwo” (Komunizm powraca?).
2084 – Natura wraca do życia po wojnie nuklearnej.
2088 – Pojawia się nowa choroba – ludzie starzeją się w ciągu chwili!
2097 – Ludzie znajdą lekarstwo na ww. chorobę.
2100 – Pojawia się sztuczne słońce oświetlające ciemną stronę Ziemi (tą, zwykle pogrążoną w ciemnościach nocy).
2111 – Ludzie są w stanie łączyć elektronikę i ludzki organizm. Powstają cyborgi.
2123 – Wojny lokalne między mniejszymi państwami. Wielkie mocarstwa pozostają obojętne.
2125 – Na Węgrzech odnotowuje się pierwszy kontakt z inteligentną cywilizacją spoza Ziemi.
2130 – Ludzie rozpoczynają budowę “podwodnej koloni”.
2164 – “Zwierzęta zmieniają się w pół-ludzi”.
2167 – Powstaje nowy system religijny, który obejmie całą Ziemie.
2170 – Wielka susza.
2183 – Kolonia na Marsie staje się jądrowym mocarstwem i domaga się niepodległości od Ziemi.
2187 – Dwie, ogromne erupcje Wulkanów zostaną powstrzymane w ostatniej chwili zapobiegając tragedii.
2195 – Podwodna kolonia zostaje ukończona i nadaje się do życia.
2196 – Rasy azjatyckie i Europejskie zostaną kompletnie wymieszane.
2201 – Na Słońcu zwalniają procesy termojądrowe. Spada temperatura na Ziemi.
2221 – W konsekwencji poszukiwań pozaziemskiego życia ludzi natrafią na coś strasznego.
2256 – Zapomniany/zagubiony statek kosmiczny przenosi na ziemię nieznaną chorobę.
2262 – Planety stopniowo zmieniają swoje orbity. Mars jest bombardowany przez komety.
2271 – Zmianie ulegają pewne prawa fizyczne.
2273 – Wszystkie rasy na ziemi mieszają się. Powstaje nowa.
2279 – Ludzie odkrywają możliwość uzyskiwania energii “z niczego”.
2288 – Ludzie potrafią cofnąć się w czasie. Kontaktują się też z obcymi.
2291 – Słońce słabnie. Pojawiają się koncepcje jego ponownego “aktywowania”.
2296 – Ogromna eksplozja na słońcu. Zmienia się grawitacja. Stacje kosmiczne i satelity spadają na Ziemię.
2299 – We Francji masowe protesty przeciwko Islamowi.
2302 – Nowe i nieznane prawa oraz sekrety wszechświata zostają wyjawione.
2304 – Tajemnica księżyca zostaje odkryta.
2341 – “Coś strasznego” zbliża się do Ziemi.
2354 – Usterka jednego ze sztucznych słońc prowadzi do suszy.
2371 – Wielki głód.
2378 – Pojawia się nowa rasa ludzka.
2480 – 2 sztuczne słońca się zderzają. Ziemia pogrąża się częściowo w ciemności.
3005 – Wojna na Marsie. Trajektoria planety zostaje naruszona.
3010 – Kometa uderza w księżyc. Wokół Ziemi zaczyna krążyć pas planetoid.
3797 – Do tego czasu zniknie życie na Ziemi, jednak ludzkość będzie już na tyle rozwinięta aby zorganizować życie w innych układach planetarnych (o tym samym roku Nostradamus wspomina w swoich Centuriach, jako o końcu świata – przyp. ja).
3803 – Nowa planeta jest stopniowa zaludniana. Klimat nowej planety ma wpływ na ludzi – mutują.
3805 – Wojna między ludźmi o surowce. Ponad połowa ginie.
3815 – Koniec wojny.
3854 – Rozwój cywilizacji praktycznie zatrzymuje się. Ludzie żyją stadami, jak zwierzęta.
3871 – Nowy prorok mówi ludziom o prawach, moralności i religii.
3874 – Nowy prorok zyskuje ogromne poparcie wśród ludzi. Powstaje globalna religia.
3878 – Ludzie całkowicie zapominają o nauce powierzając swoje życie prorokowi.
4302 – Powstają nowe miasta. Nowy kościół wspomaga naukę i technologię przez co jej rozwój gwałtownie przyspiesza. Naukowcy znajdują wspólne mechanizmy we wpływie wszystkich chorób na organizm człowieka.
4304 – Zostaje wynalezione niezależne lekarstwo na każdą istniejącą chorobę.
4308 – Dzięki mutacji ludzie są w stanie wykorzystać ponad 30% możliwości swoich mózgów. Uczucie zła i nienawiści przestaje istnieć.
4509 – Ludzie osiągają rozwój na tyle wysoki aby móc rozmawiać z czymś, co my nazywamy bogiem.
4599 – Ludzie osiągają nieśmiertelność.
4674 – Rozwój cywilizacji osiągnął swój szczyt. Liczbę ludzi żyjących na wielu planetach szacuje się na 340 miliardów. Ludzie zaczynają asymilować się z obcymi, inteligentnymi rasami.
5076 – Zostaje odkryta granica wszechświata. Co za nią – nikt nie wie.
5078 – Zostaje podjęta decyzja o przekroczeniu granicy wszechświata mimo, że 40% populacji jest przeciwko.
5079 – Następuje coś, co Vanga określa mianem końca świata.
Jak widać Baba Vanga przepowiedziała setki lat przyszłości, niestety nie dowiemy się czy to się sprawdzi, dopiero następne pokolenia zweryfikują następujące przepowiednie. Do tej pory nie wszystko jednak się spełniło. My możemy snuć domysły i zastanawiać się nad naszym losem, czy wieszczka ostrzegała nas przed nieuchronnym losem ludzkości? Czy to tylko alternatywa i pomaga nam zaglądać w przyszłość? By nasze pokolenie mogło się na chwilę zatrzymać i przemyśleć teraźniejszość, która doprowadzi nas do nieodgadniętej przyszłości.


Autor: Marcin Zając
Korekta : Zgaga
Zakaz publikowania artykułu na innych stronach, bez wcześniejszego pozwolenia.

Baba Vanga

Czytaj więcej

Przedstawiam Państwu wywiad z Damianem Trelą. Z osobą o dość nietypowych zainteresowaniach, dokumentalistą ciekawej prawdy. Zapraszam.





          Wiem że jest pan ufologiem, ale czy łatwo jest pogodzić szarą rzeczywistość z życiem “niecodziennym “?

              Po pierwsze, nie lubię tego określenia ,,ufolog”. Nigdy nie tytułowałem się takim przydomkiem, gdyż z zasady jest ono błędne. Słowo to odwołuje się do nauki. Jednak ,,ufologia” – to musimy z całą stanowczością podkreślić – nauką nie jest. Jest to dziedzina bądź bardziej sfera poznawcza, która oczywiście w poznawaniu prawdy o zjawisku UFO posiłkuje się instrumentami naukowymi. Dlatego nie lubię się określać ufologiem, gdyż nie posiadam na to certyfikatu czy dyplomu. Jestem bardziej dokumentalistą takich zjawisk. Moja praca przypomina działalność reportersko – publicystyczną. Dokumentując jednak dane zdarzenie niejako odwołuje się do naukowego podejścia, starając się udokumentować dany przypadek obiektywnie i rzetelnie. Czy da się natomiast pogodzić ,,szarą rzeczywistość” z taką działalnością. No cóż… nie jest to takie proste. Moją aktywność nikt nie sponsoruje, wymaga ona też dużo czasu i zaangażowania. Ze względu na moją obecną sytuację życiową i zawodową, UFO i ufologia pomału odchodzi na dalszy margines. Przez wiele lat swojej działalności dokonałem dużo w tym temacie. Być może jestem już gdzieś na półmetku, gotowy przekazać ,,pałeczkę” dalej komuś, kto jest ambitny i chciałby kontynuować takie – jakby nie patrzeć – trudne rzemiosło. Niestety, ale jest brak zainteresowanych.

            Dużo poświęca Pan czasu na własne badania ? Czy zdarzała się sprawa tak fascynująca , że rzucił Pan wszystko, tu i teraz i pojechał Pan ją badać ?

              Kiedyś może tak było, że potrafiłem jechać na drugi koniec Polski i coś udokumentować, szczególnie gdy sprawa wymagała natychmiastowej reakcji i nie było nikogo w pobliżu, kto mógłby to zrobić rzetelnie. Moja wieloletnia działalność opiera się na aktywności głównie terenowej. Praca publicysty i opisywanie poszczególnych przypadków to jakby sprawa drugorzędna. W Polsce mamy dzisiaj więcej ,,fotelowych badaczy”, niż terenowych. Ich rzetelność w dokumentowaniu spraw ufologicznych też pozostawia wiele do życzenia. Dzisiaj na pewno nie mogę sobie pozwolić na rzucenie wszystkiego i wyjazd do jakiegoś miejsca zdarzenia.

           Jak wygląda przyszłość ufologii w Polsce i na świecie, według pana ?

            Przyszłość ufologii – z żalem to stwierdzam – ale nie rysuje się kolorowo. Przede wszystkim żyjemy w innych czasach, niż wtedy kiedy ufologia na świecie przeżywała swój rozkwit. Na przykładzie Polski widać to wyraźnie. Kiedy w czasach PRL – ukształtowały się filary polskiej ufologii, w naszym kraju działała zgrana grupa ludzi, aktywnie dokumentująca przypadki ufologiczne w terenie. Pokłosiem tego są świetnie opisane sprawy, doskonale sporządzone raporty. Ja na tych raportach wdrażałem się jeszcze jako młody pasjonat w latach 90 – tych i uczyłem się tego rzemiosła. Mimo tego, że nie było Internetu, portali społecznościowych, istniał sprawny obieg informacji. Do organizacji ufologicznych wpływało wiele relacji. Ufolodzy mieli naprawdę pełne ręce roboty. Było to jeszcze widoczne w latach 90 tych, kiedy ja ruszałem z aktywną działalnością. Dzisiaj – mimo tylu wygód – obserwujemy swoistą stagnację ufologiczną. To, co do mnie wpływa, to przeważnie stare sprawy. Inna kwestia, że ciekawość poznawcza ludzi zdecydowanie zmalała. Ludzie nie są ciekawi świata jak kiedyś. Dlatego wówczas, w tamtych odległych czasach, pewne osoby częściej zwierzały się ze swoich przeżyć. Dzisiaj żyjemy zamknięci w sobie na świat. Nie interesuje nas jakieś UFO. Inna sprawa, że samo zjawisko nie jest też tak aktywne, jak kiedyś. Problem ufologii dzisiaj to jego komercjalizacja i odejście od obiektywnej merytoryki badawczej. Dzisiaj to jest wrzucenie jakiegoś filmiku na Youtube, zalinkowanie jakiegoś postu z bloga. Osoby, które tym się zajmują obecnie, podchodzą do spraw po macoszemu, nie dbają o szczegóły i rzetelność badawczą. Idzie to w stronę duchowości, naditerpretacji i mitologizacji. Nie wróży to dobrze na przyszłość.

           Czy dużo dzwoni do Pana ludzi z Fałszywymi informacjami ? ( Jak odsiewać plony od plew )? Jak Pan myśli w jakim celu to robią ?

           Zdarzają się takie przypadki. Nie mogę powiedzieć, że często. Istnieje pewna kategoria osób albo nierównoważonych psychicznie, albo osób, które chcą na chwilę zaistnieć i znaleźć się w centrum uwagi. Szukają rozgłosu i fantazjują. Jednak zwykle bardzo łatwo wyłapać takie typy osób. Po tylu latach badań, nawet intuicyjnie jestem w stanie to szybko rozgryźć.

         Czy są jakieś skuteczne metody , może jakiś kwestionariusz – konkretna lista pytań, która pozwala przynajmniej w 60 % potwierdzić że mamy do czynienia z czyś realnym ?

          Oczywiście praca ufologiczna to głównie praca ze świadkiem. Rzadko kiedy mamy do czynienia z fizycznym dowodem. Przeważnie to jest relacja jakiegoś człowieka i tu dla sceptyka otwiera się szerokie pole do dyskredytacji. Należy jednak pamiętać, że praca ufologiczna opiera się na kryminologii, a to – jak wiemy – jest dziedziną naukową. Posługujemy się więc kwestionariuszem ankietowym, staramy się wyłuskać jak najwięcej szczegółów ze zdarzenia. Nie jest to proste, gdyż każda relacja świadka z psychologicznego punktu widzenia będzie skonfabulowana, gdyż nasz umysł – odtwarzając jakieś przeżycie – filtruje zdarzenie. Nosi ono więc jakieś zakłamania, ale jeśli relacja jest spójna i logiczna, możemy mówić o faktycznym zdarzeniu. Oprócz tego posiłkujemy się testami psychologicznymi, a w pracy terenowej przydatne jest najprostsze rzemiosło badawcze: kompas, linijka i kątownik. Dzięki temu jesteśmy w stanie obliczyć kąty wysokości, wielkości obiektu i azymuty, a więc umiejscowić widziany obiekt w przestrzeni. W pracy badawczej przydatna jest psychologia, socjologia i ogólnie wiedza z zakresu nauk przyrodniczych.

      Jako aspirujący ufolog powinien mieć podstawową wiedzę, aby nie popełnić większych błędów i móc poprawnie potwierdzić bądź wykluczyć zjawisko ? Czy istnieje jakiś pomocny w tym sprzęt , tak jak np: Polowania na duchy ( K2 , dyktafon ) ?

      Tutaj myślę, że podstawą jest dziennikarstwo i umiejętność pracy reporterskiej, właściwa rozmowa ze świadkiem, obiektywne pytania, nie sugestywne. Można w tym celu posiłkować się specjalnie skonstruowanymi ankietami. W przypadku obecności śladów po zdarzeniu wchodzimy już na grunt czystej empiryki. Sięgamy już po instrumenty naukowe, czyli licznik Geigera, licznik elektromagnetycznych, możemy badać próbki gleby i roślin ze zdarzenia. To jednocześnie zakres prac rasowego kryminologa, który prowadzi śledztwo w terenie i szuka dowodów.

       Jak odbierają Pana ludzie, z którymi ma Pan styczność po raz pierwszy przyjeżdżając badać zgłoszenie.

      W swojej historii miałem do czynienia z przeróżnym przekrojem świadków UFO. Rozmawiałem z naukowcami, prostymi ludźmi, duchownymi, wojskowymi, sceptykami i oszołomami. W przypadku tych ostatnich taka relacja z miejsca była przeze mnie dyskredytowana. Ciekawie było rozmawiać z osobami reprezentującymi jakiś poziom inteligencji, którzy mieli poukładany ten swój światopogląd, aż nagle doświadczali takiego zdarzenia, które wszystko w ich psychice burzyło. Często brakowało im słownictwa, aby opisać to, co przeżyli, mimo tego, że reprezentowali wysoki poziom wiedzy. Można było ich czasami porównać do prostych ludzi, którym przyszło też widzieć to samo. Oczywiście ludzie są różni więc różnie podchodzą do takich spraw. Przeważnie mam do czynienia z osobami, które są po prostu ciekawe tego co widziały, oczekują ode mnie jakiejś konstruktywnej oceny, innym razem po prostu czują potrzebę otworzenia się ze swoimi przeżyciami przed kimś, gdyż w środowisku, w którym żyją nie mogą sobie na to pozwolić.

         Czy według Pana ludzie się o tym boją mówić, wstydzą się a może zauważył Pan tendencję do fascynacji Ufo ? Czy ludzie o tym chętniej mówią niż w poprzednich latach ?

          Zdecydowanie ludzie mówią o tym niechętniej niż kiedyś. Wynika to przede wszystkim z naszego obycia kulturalnego. Model cywilizacyjny, w jakim żyjemy odrzuca to co niematerialne i paranormalne, opiera się na mechanistycznym podejściu do życia. Przeżycia takie wywracają światopogląd do góry nogami. Zwykle ludzie boją się uzewnętrzniać, chcą przeważnie pozostać anonimowi, co jest zupełnie zrozumiałe. Istnieje jednak pewna grupa ludzi, którzy na kanwie swoich przeżyć ufologicznych mówiąc krótko odpływają i stają się bardziej uduchowieni, robią się prorokami, z tego też rodzą się później sekty na tle ufologicznym. Nie można wykluczyć, że samo zjawisko UFO w taki sposób działa aby zmieniać ludzką świadomość. Nie wiem czy możemy to interpretować pozytywnie, czy też negatywnie.

              Czy ma Pan stałych współpracowników ? Czy bada Pan wszystko sam ?Lepiej polegać na własnym zdaniu czy dzielić się opiniami dochodząc do konsensusu ?

             Obecnie działam sam. Na początku swojej działalności występowałem z ramienia pewnej grupy ufologicznej. Nie ukrywam, że bardzo dużo dobrych rzeczy wyniosłem i nauczyłem się. Jednak doszedłem do pewnego etapu, że działalność organizacyjna mi szkodzi i rozpocząłem aktywność niezależną. Oczywiście współpracuję z wieloma osobami i dzielę się materiałem. Jeśli wpływa do mnie relacja z drugiego końca Polski i wiem, że jest ktoś kto udokumentuje taki przypadek dobrze na miejscu, to nie widzę problemu aby sprawę przekazać dalej.

           A co na to Pańska rodzina i przyjaciele ? Pukają się życzliwie w czółko ? Czy też zaraził Pan ich pasją i chętnie uczestniczą w wypadach ?


               Myślę, że podejście mojej rodziny do spraw ufologii jest tożsame z podejściem przeciętnego Polaka. Nie ma w tym szyderstwa, czy drwiny, ale jest raczej obojętność i brak zainteresowania. Żyjemy w takich czasach, że wszystko opiera się za wieczną gonitwą, nie ma w tym miejsca na refleksję. A zagadnienia, które są trudne w przyjęciu, wymagają wiedzy i myślenia, refleksji, są co do zasady mało interesujące. My dzisiaj lubimy gotowe odpowiedzi, kreatywne myślenie jest nam obce. W taki sposób jestem więc przeważnie postrzegany.

Dziękuję serdecznie w imieniu swoim jak i imieniu naszych czytelników za udzielenie wywiadu.

Autor:
Damian Trela
Marcin Zając

Wywiad z Damianem Trelą

Czytaj więcej

Diabelskie znamię (Stigmata diaboli) zwane też diabelską pieczęcią (sigillum diaboli), pojawia się zawsze w relacjach dotyczących czarowników i czarownic oraz procesów o czary. Czasami histeria ludzi przeradzała się w niepohamowany strach, wystarczyło mieć znamię aby nieszczęśnik trafił na stos. Jak wyglądało owo znamię ? Większość ludzi ma jakieś znaki szczególne, które mogłyby zostać uznane za piętno szatana. Kurzajki, myszki,a także inne rodzaje znamion w postaci czerwonych czy purpurowych plam, odciski lub zestarzałe blizny; w tamtych czasach nikt nie był bezpieczny. Tego rodzaju znaki były uważane za potencjalne zawarcie paktu z diabłem. Wierzono, że szatan naznacza swoich wyznawców jak rolnik swoje bydło.



W 1611 roku ksiądz Gaufridi zeznał :” Znak ten został uczyniony jako rękojma, że będę dobrym i wiernym sługą szatana przez całe moje życie “.

Piętna szatana szukano na całym ciele, golono wszystkie włosy z głowy, nóg, części intymnych ( Czarownicą często golono okolice sromu, robiono to publicznie ). Szukano nawet na palcach, ludzie mieli kurzajki więc łatwo było można coś znaleźć, ale najbardziej szukano na lewym ramieniu ( tak jak sugerował Boguet ). U jednej z ofiar inkwizytora Jacquiera odkryto stygmat odciśnięty diabelskim kopytem na biodrze. Odnalezienie takiego piętna oznaczało, że dana osoba była czarownikiem lub czarownicą, a zatem usprawiedliwiało zastosowanie tortur.

Czarownice z North Berwick brały udział w sabacie , w czasie którego diabeł lizał części intymne ich ciał, związku z czym piętno jakie zostawił , ukryte było na ich sromie. W 1658 roku inna czarownica ze Szkocji, Margaret Taylor, przyznała się, że ” diabeł “pod postacią młodego mężczyzny odzianego w szarą suknię i niebieski kapelusz […] Odcisnął swe piętno wstydliwym miejscu.

Wierzono też, że diabeł piętnuje swe ofiary rozpalonym żelazem, stosując dodatkowo maść pod skórę. Inni uważali, iż naznaczał ofiary swym palcem, w czasie kiedy objawiał im się w postaci człowieka bądź ducha. Jeśli takie znaki były robione rozpalonym żelazem, powinny zostawiać blizny, natomiast czarownice twierdziły, że nigdy tak się nie zdarzało. Był wystarczająco bystry w swym fachu by nie zostawiać żadnych śladów.

Fontiaine był jedyn z czterech lekarzy , którym zlecono badanie ojca Louisa Gaufridiego, księdza oskarżonego o czarnoksięstwo. Na ciele znaleźli trzy piętna diabelskie. Kiedy okazało się, że odkryte liszaje czy też znamiona nie są wrażliwe na ból ; nie krwawiły po nakłuciu igłą, oznaczać to miało, że znamiona są prawdziwe, a sam diabeł jest w to zamieszany.

Guazzo w swoim ( Compendium Maleficarum ) opisuje przypadek z Brindisi, rok 1590:

Przed poddaniem Claudii Bogaryty torturom, zgodnie z panującym zwyczajem, ogolono ją do gołej skóry, w wyniku czego odkryto u niej bliznę na łuku brwiowym. Inkwizytor, domyślając się prawdy, to znaczy tego, że znamię uczynione zostało pazurem diabelskim i do tej pory pozostało ukryte pod włosami, nakazał, by wbito w nie głęboko igłę, co też natychmiast uczyniono. Mimo to nie poczuła bólu, a z rany nie wypłynęła ni kropla krwi. Dalej nie chciała wyznać prawdy, utrzymując, że miejsce to stało się niewrażliwe na ból dawno temu, w skutek uderzenia przez kamień.

Podawana dalszym torturom przyznała się do winy, jak większość ofiar wyrafinowanego w swoim fachu kata.

Bardziej wyszukanym piętnem diabelskim było znamię niewidzialne. Wykrywało się za pomocą igły, nakłuwało się ciało tak długo, aż natrafiło się na niewrażliwe miejsce i krwawiło mniej niż normalna rana na ciele. Kilku ortodoksyjnych demonologów wrażało pewne zastrzeżenia co do znaczenia , jakie przypisywano diabelskiemu piętnu.

Tortury :

Tortury można było stosować do trzech razy. Do zwykłych tortur zaliczano Strapaddo, czyli podwieszanie i podciąganie. Jako nadzwyczajne nazywano ściskanie. Podstawowa wersja zawierała pakiet, który można było urozmaicić o chłostę, podpalanie, miażdżenie palców i tym podobne. Następną kategorię stanowiły tortury dodatkowe, dla przestępstw specjalnych. W takich sytuacjach były obcinane ręce lub nogi, oślepianie lub rozszarpywanie rozpalonymi do czerwoności obcęgami.

Dobrą sytuację przedstawia raport z sali sądowej pierwszego dnia tortur kobiety oskarżonej o czary, Prossneck w Niemczech , 1629 roku.


1. Kat związał jej ręce, ściął włosy i umieścił na drabinie. Oblał jej głowę alkoholem i podpalił, co wypaliło jej włosy do korzeni.
2. Umieścił siarkę pod jej ramionami i na plecach po czym ją podpalił.
3. Związał jej ręce za plecami i podciągnął je za nie do góry pod sufit.
4. Zostawił ją zawieszoną za ręce na trzy do czterech godzin, podczas gdy torturujący udali się na posiłek.
5. Po powrocie oblał alkoholem jej plecy i podpalił.
6. Przyczepił do niej duże ciężary i ponownie zawiesił ją pod sufitem. Następnie umieścił ją ponownie na drabinie, przyłożył do jej ciała chropowatą deskę pełną ostrych nacięć i ponownie podwiesił ją pod sufitem.
7. Następnie zmiażdżył jej kciuki i duże palce u stóp. Przywiązał jej ramiona do kija i w tej pozycji trzymał ją zawieszoną przez kwadrans aż kilkakrotnie zemdlała.
8. Następnie ścisnął jej łydki i nogi między deskami poluzowując w trakcie zadawania pytań.
9. Następnie wychłostał ją biczem do krwi.
10. Jeszcze raz umieścił jej kciuki i wielkie palce u stóp między deskami i pozostawił ją na stole tortur między 10 rano a 1 po południu, gdy kat i inni funkcjonariusze sądowi udali się na posiłek.

Przypis z książki Malleus Maleficarium.





Te wszystkie tortury działy się w jednym dniu. Po południu przybył urzędnik, który sprzeciwił się temu bezlitosnemu postępowaniu. Kobietę ponownie biczowano w okrutny sposób, co zamknęło pierwszy dzień tortur. Następnego dnia męki wznowiono, ale natężenie nieco zelżało. Trzeba pamiętać, że wszystkie osoby które brały w tym udział, były przekonane że to jest potrzebne do zbawienia osoby badanej. Dlatego przykładano szczególną uwagę by osoba torturowana nie umarła bez wykazania skruchy, żalu i pokory. Częste modlitwy, pouczenia i obfite stosowanie święconej wody miały prowadzić do wyżej wymienionego stanu, do skruchy. Chłostę bardzo często wymierzano podczas gdy w kościele dzwoniły dzwony na Anioł Pański.
Tortury miały pomóc osobie oskarżonej w udzieleniu wyczerpujących odpowiedzi na pytania zadawane przez sędziów.



Po takich torturach przyznawało się 99 procent oskarżonych.

W następnym artykule przedstawię listę pytań do oskarżonych i ich wypowiedzi.



Autor : Marcin Zając

Edycja tekstu : Szara Eminencja

Diabelskie znamię czyli jak Kościół Katolicki poszukiwał “prawdy”…

Czytaj więcej

środa, 7 marca 2018




 Zdjęcia pośmiertne, dość niezwykła odmiana fotagrafii, choć w XIX wieku w zamożnych rodzinach były bardzo rozpowszechnione. Choć z dzisiejszej perspektywy zjawisko to może wydawać się nieco przerażające, to należy pamiętać, że w owych czasach śmierć nie była takim tabu, jakim jest teraz: ludzie umierali we własnych łóżkach, a ich ciała były myte i ubierane do pogrzebu przez bliskich. Chodzi mianowicie o to, że zmarli bardzo często pozowani byli do zdjęcia w taki sposób, żeby wyglądali jak żywi, tzn. z otwartymi oczami i w pozycji pionowej. Szczególnie popularne były portrety dzieci – ich śmiertelność w epoce wiktoriańskiej była bowiem bardzo wysoka, dlatego zdjęcie zrobione(post-mortem)było często jedyną fotografią, jaka zostawała rodzinie na pamiątkę.








        W fotografii pośmiertnej można wyróżnić dwa style. W pierwszym okresie fotografowano głównie twarz i ciało zmarłego, starając się przedstawić denata w jak najbardziej realny sposób. Z tego też powodu osoba, która nie ma świadomości, że ogląda zdjęcie pośmiertne może odnieść wrażenie, że zmarły śpi lub siedzi nienaturalnie wyprostowany. Zmarłe dzieci leżały lub siedziały na kanapach w otoczeniu zabawek lub kwiatów. Zdarzały się również przypadki, kiedy sadzano je pomiędzy rodziców lub rodzeństwo, co na pewno nie należało do przyjemnych momentów. Dorosłych zmarłych sadzano na krzesła, często były one jeszcze dodatkowo wzmacniane (stelaże), aby osoba zmarła mogła w określonej pozie wytrwać przez dłuższy czas. Wspomnieć również należy, że proces tworzenia takiej fotografii był znacznie dłuższy niż współcześnie i wynosił kilkanaście minut. Z biegiem czasu fotografie mniej nawiązują do realistycznej koncepcji, przedstawiając najczęściej zmarłego w trumnie. Ten typ fotografii w dalszym ciągu popularny jest w Europie Wschodniej wśród wyznawców prawosławia oraz w Stanach Zjednoczonych.
           Aby zmarły wyglądał „bardziej żywo” ubierano go w strój codzienny, czasami otwierano mu oczy lub domalowywano je bezpośrednio na powiekach. Zdarzało się też bardzo często, że malowano takiej osobie policzki, by wyglądała na normalną żyjącą i zdrową osobę.
Portrety bez głów
        Fotomanipulacje znane były ludziom na długo przed nastaniem ery Photoshopa. Pod koniec XIX wieku dużą popularnością cieszyły się na przykład portrety bez głów, które powstawały poprzez nakładanie na siebie wielu negatywów.






 http://dziwowisko.pl

Post-mortem, zdjęcia po śmierci.

Czytaj więcej







Grobowiec rodzinny Farenheit znajduję się w miejscowości Rapa, a dokładniej Mazury, 9 km od granicy rosyjskiej (obwód kaliningradzki).
    Właściciele majątku należeli do ludzi wykształconych, którzy dużo podróżowali po Europie i wprowadzali wiele nowych rozwiązań w swojej posiadłości. Przyciągała ich magiczna wiedza życia po życiu, w związku z tym postanowili zbudować własny grobowiec w kształcie piramidy. Na początku XIX wieku w odległości 5 km od własnego pałacu wzniesiono piramidę według projektu Bartela Thorwaldesena. W 1811r. Pierwszą pochowaną osobą z rodziny była 3-letnia córka Ferenheita, być może z myślą o zapewnieniu jej nieśmiertelności. Następne osoby należały rodu budowniczego piramidy.





Powstanie piramidy miało na celu stworzeniu odpowiednich warunków do mumifikacji ciała.
Piramida Mazurska :
  • ma wysokość 15,9m
  • podstawa kwadratowa 10,4 x 10,4m
  • trzy otwory wentylacyjne
  • trumny ułożone na płaskim podłożu
  • kąt pochylenia ścian zewnętrznych 68-70° (wewnętrznych 51°52′)

Pan Leszek Matela na podstawie p[przeprowadzonych badań radiestezyjnych podaję wiele interesujących danych dotyczących tej budowli. Stwierdza, że wybór miejsca budowy piramidy nie był wcale przypadkowy. Miejsce na którym stoi piramida posiada wielką moc koncentracji pozytywnego promieniowania energii i kosmosu. Promieniowanie jest wzmacnianie w piramidzie przez odpowiedni kształt sklepienia 51°52 , taki sam kat nachylenia posiadają piramidy egipskie. Natomiast negatywne promieniowanie jest niwelowane przez kamienna podstawę z kamienia polnego.

W Rapie przecinają się trzy linie promieniowania geomagnetycznego łączące miejsca mocy . Jedna z nich biegnie od Kowna przez Rapę i dalej przez Wilczy szaniec k/Kętrzyna aż do Karlsruhe, jednego z większych miejsc mocy w Europie.

Angielski badacz geomancji Nigel Pennick twierdzi, że kwaterę Hitlera k/Kętrzyna zlokalizowano z dużą znajomością wiedzy geomancyjnej. Promieniowanie energii w piramidzie mazurskiej wg Leszka Mateli wynosi około 23tys. jednostek w skali Bovisa. Promieniowanie zdrowego człowieka wynosi 6,5tys. jednostek, a miejsca o natężeniu 18tys. jednostek, uznawane są za miejsca mocy. Podobno komary i muchy omijają wszystkie piramidy.

Klątwa Fahrenheitów

miejscowi chłopi od tygodni zmagali się z tajemniczą chorobą która dotknęła ich bydła. Zwierzęta padały jeden po drugim a gospodarze zachodzili w głowę gdzie leży problem i gdzie szukać pomocy. W końcu ktoś rzucił że wszystkiemu są winni Fahrenheitowie. Nocą powstają z grobu i wędrują po okolicy wysysając krew z bydła. Ludzie to oczywiście pochwycili, udali się do piramidy , otwarli trumny a zmumifikowanym ciałom poobcinali głowy.
W ten sposób zmarli mieli zaznać wiecznego i ostatecznego spokoju, a okoliczni mieszkańcy odetchnąć z ulgą.




Tymczasem legend związanych z piramida jest znacznie więcej.
Najstarsza dotyczy powstanie samej piramidy, niektórzy twierdzą że choroba córki barona powstała w winniku dotknięcia złotego posążka Anubisa przez 3 letnia córkę. Która znajdowała się w kolekcji rodziny Fahrenheita. Inni utrzymują, że piramida wcale nie została zbudowana z myślą o małej Ninette. A przynajmniej nie tylko dla niej. Na początku XIX stulecia rodziną von Fahrenheitów wstrząsnął mezalians. Najstarszy z synów barona miał się zakochać w córce kupca z Królewca. Część rodziny przełknęła gorzka pigułkę i zaakceptowała związek, część jednak twardo powtarzała „nie”. Młody von Fahrenheit postanowił ich zaprosić na obiad i uśmiercić trującymi grzybami. Ale feralny posiłek przez pomyłkę podano dzień wcześniej. Efekt: śmierć siedmiu bliskich. Zły los oszczędził samego barona von Fahrenheita, bo kiedy podawano obiad był w podróży. Kiedy wrócił do domu, zastał siedem ciał. I to właśnie dla ofiar tej tragedii miał zbudować piramidę.

Piramida w Rapie

Czytaj więcej

niedziela, 30 kwietnia 2017



"Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów".


Wróżbę mówiącą o przyszłości Rzeczypospolitej miał wypowiedzieć w XVIII wieku Wernyhora, kozacki wieszcz. Stała się głośna w czasach konfederacji barskiej i później w czasach rozbiorów (1772-1795). Oto jej treść: "Polacy teraz w swoich zamiarach upadną i Polska trzykroć będzie rozszarpana. Różni ludzie kusić się będą o jej odbudowanie, ale nadaremnie. Przyjdzie wielki mąż od zachodu: Polacy oddadzą się jemu na usługi; wiele im przyobieca, a mało uczyni: chociaż nazwą się znowu narodem, będą jęczeli pod jarzmem Niemców i Moskali. Potem zostanie ich królem człowiek zły i zacięty, który wiele krwi przeleje. Polacy powstaną przeciw niemu, i jeszcze upadną przez nieład i niezgodę.


Długo niewola i ucisk rozciągną się nad nimi; aż na koniec zajaśnieją błogie czasy, kiedy naród bogaty sypnie pieniędzmi, Mahometanie w Horyniu napoją swoje konie, i Moskale dwa razy na głowę pobici zostaną: raz pod Batowem około Semi-mohił, drugi raz pod Starym Konstantynowem w jarze Hanczarycha zwanym.

 Od tego czasu Polska zakwitnie od Czarnego do Białego morza i będzie trwała po wieki wieków". Nietrudno rozszyfrować pierwszą część proroctwa, dotyczącego zaborów. "Wielki mąż z zachodu" to z pewnością Napoleon Bonaparte, niespełniona "miłość" wielu Polaków z początku XIX wieku. Nie wiadomo, kto jest "człowiekiem złym i zaciętym, który wiele krwi przeleje".


 Czy chodzi tu o Stalina, Hitlera, czy też może któregoś z carów rosyjskich, nominalnie królów polskich (podczas panowania Mikołaja I wybuchło powstanie listopadowe, podczas rządów Aleksandra II Moskale stłumili powstanie styczniowe)? Wydaje się, że "błogie czasy", o których wspomina Wernyhora jeszcze nie nadeszły, a walki z Rosjanami i chwała Polski dotyczą zdarzeń przyszłych.

 Na tym tle interesująco przedstawia się przepowiednia z Tęgoborza. Miała ona zostać wypowiedziana 23 września 1893 roku przez kobietę-medium w obecności hrabiego Władysława Wielogłowskiego. Hrabia, który interesował się spirytyzmem i duchami wszystko zapisał, a notatki te po jakimś czasie trafiły do Biblioteki Ossolińskich we Lwowie. 
Ponoć przez kobietę miał przemawiać duch Adama Mickiewicza, wieszcząc przyszłość Polski, która nie przedstawiała się w zbyt różowych barwach. Przepowiednię wydrukowano w marcu 1939 roku w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym", gdy jeszcze nikt nie spodziewał się wybuchu II wojny światowej. Szczególnie często jeden z wersów (w kilku wersjach) cytowano w sierpniu 1939 roku: "Krzyż splugawiony zostanie pokonany na wschodzie" albo "Krzyż splugawiony rażon młotem padnie". W ciemnych latach okupacji sowieckiej i hitlerowskiej przepowiednia była nader często powtarzana, szczególnie zaś jej wers: "Powstanie 
Polska od morza do morza".


 Przytaczamy treść całej 
przepowiedni:

W dwa lat dziesiątki nastaną te pory, Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory, Świat cały krwią się zachłyśnie. 

Polska powstanie ze świata pożogi, Trzy orły padną rozbite, Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi, Marzenia ciągle niezbyte. 

Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce Trwać będą cierpienia ludu, Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce I samo dokona cudu. 

Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi, Skrzydła rozłoży złowieszcze, Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi, Siła przed prawem jest jeszcze. 

Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje; Gdy oczy na wschód obróci, Krzyżackie szerząc swoje obyczaje, Z złamanym skrzydłem powróci.

 Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie, 

A w Gdańsku port nasz powstanie. W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat morzem krwi się zrumieni.

 Gdy północ wschodem będzie zagrożona W poczwórną jedność się zmieni. Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony Przez swego wyzwoleńca Złączon z kogutem dla lewka obrony Na tron wprowadzi młodzieńca.

 Złamana siła mącicieli świata Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata, Wróg w kraj odejdzie daleki. 

U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany Nad rzeką w pień jest wycięty. 

Bitna Białoruś, bujne Zaporoże, Pod polskie dążą sztandary. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze Wracając na szlak swój prastary. 

Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy To Europy bastiony, A barbarzyńca aż po wieczne czasy Do Azji ujdzie strwożony. 

Warszawa środkiem ustali się świata, Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata, A smok odnowi swe lice. 

Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie. A kiedy pokój nastąpi w Warszawie, Trzech królów napoi w nim konie.

 Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa, Cztery na krańcach sojusznicze strony Przysięgi złożą mu słowa. 

Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie, Trzy kraje razem z Rumunią. Przy majestatu polskiego tronie Wieczną połączą się unią. A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki, 

Choć wiary swojej nie zmieni, Polski potężnej uprosi opieki I stanie się wierny tej ziemi. Powstanie Polska od morza do morza.

 Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża, Więc cierp i módl się, człowieku". Interpretację przepowiedni pozostawiamy Czytelnikom. Koresponduje ona z opisanymi niedawno przez nas przepowiedniami ojca Klimuszki. 

Słynny franciszkanin wywodzący się z Białostocczyzny mówił: "Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. 

Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości. Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów. Przed Polską widzę jasność i wstępowanie do góry. Będzie bardzo dobrze".

 Przed swoją śmiercią ojciec Klimuszko miał oznajmić: "Kraj ten oczekuje lata świetności. Jest to obecnie szczęśliwe miejsce. Gdybym miał się drugi raz narodzić, chciałbym przyjść na świat tylko w Polsce. Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę. Tu się im nic nie stanie"


Przepowiednia Wernyhory

Czytaj więcej

Copyright © Tajemnice Ziemi | Designed With By Blogger Templates
Scroll To Top