Ostatnie Posty



"Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów".


Wróżbę mówiącą o przyszłości Rzeczypospolitej miał wypowiedzieć w XVIII wieku Wernyhora, kozacki wieszcz. Stała się głośna w czasach konfederacji barskiej i później w czasach rozbiorów (1772-1795). Oto jej treść: "Polacy teraz w swoich zamiarach upadną i Polska trzykroć będzie rozszarpana. Różni ludzie kusić się będą o jej odbudowanie, ale nadaremnie. Przyjdzie wielki mąż od zachodu: Polacy oddadzą się jemu na usługi; wiele im przyobieca, a mało uczyni: chociaż nazwą się znowu narodem, będą jęczeli pod jarzmem Niemców i Moskali. Potem zostanie ich królem człowiek zły i zacięty, który wiele krwi przeleje. Polacy powstaną przeciw niemu, i jeszcze upadną przez nieład i niezgodę.


Długo niewola i ucisk rozciągną się nad nimi; aż na koniec zajaśnieją błogie czasy, kiedy naród bogaty sypnie pieniędzmi, Mahometanie w Horyniu napoją swoje konie, i Moskale dwa razy na głowę pobici zostaną: raz pod Batowem około Semi-mohił, drugi raz pod Starym Konstantynowem w jarze Hanczarycha zwanym.

 Od tego czasu Polska zakwitnie od Czarnego do Białego morza i będzie trwała po wieki wieków". Nietrudno rozszyfrować pierwszą część proroctwa, dotyczącego zaborów. "Wielki mąż z zachodu" to z pewnością Napoleon Bonaparte, niespełniona "miłość" wielu Polaków z początku XIX wieku. Nie wiadomo, kto jest "człowiekiem złym i zaciętym, który wiele krwi przeleje".


 Czy chodzi tu o Stalina, Hitlera, czy też może któregoś z carów rosyjskich, nominalnie królów polskich (podczas panowania Mikołaja I wybuchło powstanie listopadowe, podczas rządów Aleksandra II Moskale stłumili powstanie styczniowe)? Wydaje się, że "błogie czasy", o których wspomina Wernyhora jeszcze nie nadeszły, a walki z Rosjanami i chwała Polski dotyczą zdarzeń przyszłych.

 Na tym tle interesująco przedstawia się przepowiednia z Tęgoborza. Miała ona zostać wypowiedziana 23 września 1893 roku przez kobietę-medium w obecności hrabiego Władysława Wielogłowskiego. Hrabia, który interesował się spirytyzmem i duchami wszystko zapisał, a notatki te po jakimś czasie trafiły do Biblioteki Ossolińskich we Lwowie. 
Ponoć przez kobietę miał przemawiać duch Adama Mickiewicza, wieszcząc przyszłość Polski, która nie przedstawiała się w zbyt różowych barwach. Przepowiednię wydrukowano w marcu 1939 roku w "Ilustrowanym Kurierze Codziennym", gdy jeszcze nikt nie spodziewał się wybuchu II wojny światowej. Szczególnie często jeden z wersów (w kilku wersjach) cytowano w sierpniu 1939 roku: "Krzyż splugawiony zostanie pokonany na wschodzie" albo "Krzyż splugawiony rażon młotem padnie". W ciemnych latach okupacji sowieckiej i hitlerowskiej przepowiednia była nader często powtarzana, szczególnie zaś jej wers: "Powstanie 
Polska od morza do morza".


 Przytaczamy treść całej 
przepowiedni:

W dwa lat dziesiątki nastaną te pory, Gdy z nieba ogień wytryśnie. Spełnią się wtedy pieśni Wernyhory, Świat cały krwią się zachłyśnie. 

Polska powstanie ze świata pożogi, Trzy orły padną rozbite, Lecz długo jeszcze los jej jest złowrogi, Marzenia ciągle niezbyte. 

Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce Trwać będą cierpienia ludu, Na koniec przyjdzie jedno wielkie serce I samo dokona cudu. 

Gdy czarny orzeł znak krzyża splugawi, Skrzydła rozłoży złowieszcze, Dwa padną kraje, których nikt nie zbawi, Siła przed prawem jest jeszcze. 

Lecz czarny orzeł wejdzie na rozstaje; Gdy oczy na wschód obróci, Krzyżackie szerząc swoje obyczaje, Z złamanym skrzydłem powróci.

 Krzyż splugawiony razem z młotem padnie. Zaborcom nic nie zostanie. Mazurska ziemia Polsce znów przypadnie, 

A w Gdańsku port nasz powstanie. W ciężkich zmaganiach z butą Teutona Świat morzem krwi się zrumieni.

 Gdy północ wschodem będzie zagrożona W poczwórną jedność się zmieni. Lew na zachodzie nikczemnie zdradzony Przez swego wyzwoleńca Złączon z kogutem dla lewka obrony Na tron wprowadzi młodzieńca.

 Złamana siła mącicieli świata Tym razem będzie na wieki. Rękę wyciągnie brat do swego brata, Wróg w kraj odejdzie daleki. 

U wschodu słońca młot będzie złamany. Pożarem step jest objęty. Gdy orzeł z młotem zajmą cudze łany Nad rzeką w pień jest wycięty. 

Bitna Białoruś, bujne Zaporoże, Pod polskie dążą sztandary. Sięga nasz orzeł aż po Czarne Morze Wracając na szlak swój prastary. 

Witebsk, Odessa, Kijów i Czerkasy To Europy bastiony, A barbarzyńca aż po wieczne czasy Do Azji ujdzie strwożony. 

Warszawa środkiem ustali się świata, Lecz Polski trzy są stolice. Dalekie błota porzuci Azjata, A smok odnowi swe lice. 

Niedźwiedź upadnie po drugiej wyprawie. Dunaj w przepychu znów tonie. A kiedy pokój nastąpi w Warszawie, Trzech królów napoi w nim konie.

 Trzy rzeki świata dadzą trzy korony Pomazańcowi z Krakowa, Cztery na krańcach sojusznicze strony Przysięgi złożą mu słowa. 

Węgier z Polakiem, gdy połączą dłonie, Trzy kraje razem z Rumunią. Przy majestatu polskiego tronie Wieczną połączą się unią. A krymski Tatar, gdy dojdzie do rzeki, 

Choć wiary swojej nie zmieni, Polski potężnej uprosi opieki I stanie się wierny tej ziemi. Powstanie Polska od morza do morza.

 Czekajcie na to pół wieku. Chronić nas będzie zawsze Łaska Boża, Więc cierp i módl się, człowieku". Interpretację przepowiedni pozostawiamy Czytelnikom. Koresponduje ona z opisanymi niedawno przez nas przepowiedniami ojca Klimuszki. 

Słynny franciszkanin wywodzący się z Białostocczyzny mówił: "Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze pięćdziesiąt lat i miał do wyboru stały pobyt w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. 

Nad Polską bowiem nie widzę ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości. Nadchodzi czas Polski i upadku jej wrogów. Przed Polską widzę jasność i wstępowanie do góry. Będzie bardzo dobrze".

 Przed swoją śmiercią ojciec Klimuszko miał oznajmić: "Kraj ten oczekuje lata świetności. Jest to obecnie szczęśliwe miejsce. Gdybym miał się drugi raz narodzić, chciałbym przyjść na świat tylko w Polsce. Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę. Tu się im nic nie stanie"


Byłeś świadkiem nie wytłumaczalnego zdarzenia ? Lub znasz kogoś kto doświadczył dziwnych zdarzeń ? Podziel się z nami relacją z całego zdarzenia, na życzenie świadka zapewniamy anonimowość .


Kontakt:
tajemniceziemi2015@gmail.com
Gadu Gadu 26267693
Facebook tajemniceziemi
Wydawać by się mogło, że ochotnicy, którzy są gotowi do samobójczych akcji, nie będą liczną grupą. Tymczasem 6 maja 1939 roku, kiedy kryzys polsko-niemiecki zaczął coraz bardziej narastać, w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym”, jednej z największych gazet przedwojennej Polski, ukazał się apel trzech ochotników (Władysław Bożyczko i jego dwóch szwagrów, braci Lutostańskich) o stworzenie formacji żywych torped. Bożyczko zwrócił się do władz Rzeczypospolitej tymi słowami:
Proszę zamieścić nasz list otwarty w swojem piśmie, ponieważ chcemy dać swoją odpowiedź Hitlerowi na jego żądania. Otóż ja i moi dwaj szwagrowie, wzywamy wszystkich tych Polaków, co chcą niezwłocznie oddać życie za Ojczyznę, jednak nie w szeregach armji razem ze wszystkimi, lecz w charakterze żywych torped z łodzi podwodnych, żywych bomb z samolotów, w charakterze żywych min przeciwpancernych i przeciwczołgowych. Każda zmarnowana torpeda, bomba i mina kosztuje dużo pieniędzy, których nadmiaru nie mamy. Każdy okręt nieprzyjacielski, czołg, pancerka, może i tak kosztować życie kilkunastu żołnierzy, zaś jeden człowiek zdecydowany może oddać tylko jedno swoje życie, jako żywy pocisk, czy w torpedzie, bombie lub minie. Człowiek w torpedzie zawsze znajdzie ten cel, w który zechce trafić i tem samem zaoszczędzi życie innym żołnierzom, zniszczy zaś wielu wrogów. Do tego celu nie są potrzebni ludzie zupełnie zdrowi z kategorją A, B czy C, lecz może to być nawet człowiek ułomny, lecz silny duchem, który twardo postanowił oddać życie dla Ojczyzny bez reszty, bo musi przede wszystkiem powiedzieć sobie, że dla niego w ogóle niema szansy ocalenia. Właśnie tacy ludzie są nam potrzebni. Nie wątpię, że takich, jak my, zgłosi się tysiące, ale te tysiące będą kosztowały wroga miljony złotych i setki tysięcy ludzi.
W ten sposób chcemy oddać nasze życie w ręce Marszałka Polski Śmigłego-Rydza, ażeby zużytkować je jak najskuteczniej w obronie Ojczyzny. Proszę nie myśleć, że my to robimy z jakiejś rozpaczy, czy czegoś podobnego. Ja jestem urzędnikiem państwowym, szwagier jest pracownikiem miejskim, drugi szwagier jest masarzem, zarabiamy nieźle, jesteśmy silni i zdrowi. Tylko nie wiemy, gdzie się mają zwracać kandydaci. Proszę to wydrukować!
Podpisy: Władysław Bożyczko, Edward Lutostański, Leon Lutostański, — Warszawa 24, Poprzeczna 7. m . 10.
Władysław Bożyczko, kandydat na żywą torpedę (fot. ze zbiorów NAC, Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji, sygn. 1-W-765).Celowo list ochotników przytoczono w całości, dobrze bowiem oddaje pewien styl myślenia, szczególnie, że nie było to zjawisko marginalne – zgodnie z zachowanymi dokumentami tylko do końca maja i tylko do IKC-a zgłosiło się 1300 osób.

Torpedą we wroga!

Ochotnicy samobójcy wiązali się z domniemanym projektem Marynarki Wojennej, zgodnie z którym miano skonstruować żywe torpedy, czyli jednoosobowe łodzie podwodne do niszczenia wrogich okrętów.
Narcyz Klata w swojej książce Polskie żywe torpedy w 1939 roku przytacza relacje kilku ochotników, którzy nawet przeszli stosowne szkolenie. Projekt miał nadzorować komandor porucznik Eugeniusz Pławski. Niestety, z racji braków archiwów, niczego konkretnego o „żywych torpedach” powiedzieć nie można.


    Zachowały się wspomnienia świadków na temat projektów torped, między innymi Jana Szumiaty, który miał się zgłosić w Gdyni jako ochotnik do samobójczych akcji. Zgodnie z jego relacją oficer, z którym rozmawiał, mówił wiele o samej torpedzie oraz zapewniał go, że w razie potrzeby zostanie zmobilizowany. Inny ochotnik, Marian Kamiński, mówił nawet, że odbył specjalne szkolenie podczas którego oficerowie pokazywali mu i pozostałym 82 ochotnikom film instruktażowy. Zgodnie z nim polska armia miała mieć wyprodukowanych 16 torped rodzimej produkcji gotowych do akcji.
    Zgodnie z relacją Kamińskiego, torpeda miała mieć 8 metrów długości i ważyć prawie pół tony, przewożąc 200 kg ładunku wybuchowego. Opisana przez świadka torpeda przypominała nieco istniejącą konstrukcję, mianowicie włoską torpedę samobieżną Maiale, która była na wyposażeniu armii Mussoliniego od roku 1936. Relacje innych świadków, w tym i Jana Szumiaty, różnią się jednak znacząco.
    Włoska żywa torpeda typu Maiale (fot. Edward Derela, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

    Jak wykorzystać ochotników?

    Specyfikacja techniczna nie była jednak najważniejsza, liczyła się sama idea oddania życia za ojczyznę w straceńczym ataku na wroga. Chociaż we wrześniu 1939 roku nie wykorzystano żywych torped, ochotnicy znaleźli dla siebie zajęcie. Cześć z nich służyła między innymi podczas walk o Warszawę, kiedy to istniała specjalna formacja cywilów, którzy mieli niszczyć wroga poprzez przenoszenie bezpośrednio pod jego pozycje ładunków wybuchowych. Walczyła ona głownie na Czerniakowie.
    Podobno sprawa była na tyle poważna, że kwestią żywych torped zajmował się niemiecki wywiad wojskowy. We wrześniu 1939 roku Niemcy brali pod uwagę możliwość natknięcia się na ataki samobójcze i starali się zapobiec takim sytuacjom.


      W nieco bardziej zbliżonej do pierwotnej formy żywe torpedy miały brać udział w walkach prowadzonych przez Armię Pomorze. Jej dowództwo postanowiło wykorzystać ochotników do zniszczenia mostu pontonowego wybudowanego przez Niemców. W zamyśle żołnierze mieli płynąć z pływakami w kształcie trójkątów na których miały być umieszczone ładunki wybuchowe. Pomysł nie został zrealizowany – po pierwsze, w chaosie odwrotu nie odnaleziono listy ochotników do tego typu zadań, po drugie, aby zrealizować to zadanie, ochotnicy musieli bardzo dobrze pływać, a i z tym był duży problem.
      Wrzesień 1939 r. Czy polskie żywe torpedy mogły zniszczyć taki niemiecki most pontonowy? (fot. ze zbiorów NAC, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-63).

      Poświęcenie dla Ojczyzny

      Kim byli ludzie, którzy zgłosili się na ochotnika do funkcji żywych torped? Mateusz Wytrych w swoim artykule na temat żywych torped przytacza następujące wspomnienia Stanisława Chrzanowskiego, emerytowanego dyrektora szkoły ogrodniczej w Radomiu:
      – Ukończyłem szkołę ogrodniczą z wyróżnieniem. Również podoficerską. Zamierzałem odłożyć trochę pieniędzy, założyć rodzinę i pójść na studia. Ale wiedza zdobyta w szkole podoficerskiej podpowiadała mi, że lada moment może być wojna. Sądziłem, że będzie krótka i że Polska ją wygra. Kiedy usłyszałem w radiu o „żywych torpedach”, nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Cały dzień myślałem o ludziach, którzy oddali życie za wolność ojczyzny. Czy to w czasach kolejnych powstań, czy podczas wojny z bolszewikami, w walkach o Lwów. Tego dnia przesuwały mi się przed oczyma, niczym obrazy niemego kina, epitafia z cmentarza Orląt Lwowskich. Tablice z nazwiskami żołnierzy poległych w wieku 12, 14 lat. Te bohaterskie dzieci w jakimś stopniu wpłynęły na kształtowanie mojego patriotyzmu. I kiedy usłyszałem informację o torpedach, pomyślałem, że Polska potrzebuje mojej próby. Uważałem, że nie mogę postąpić inaczej. Sądziłem, że powinienem pójść tam, gdzie jak największą korzyść miałaby ze mnie Polska. A zresztą, cóż to takiego oddać jedno życie dla ojczyzny, dla kilkudziesięciu milionów rodaków?
      Życiorys Chrzanowskiego jest charakterystyczny dla większość ochotników, którzy zgłaszali się na żywe torpedy. W wrześniu 1939 roku, wbrew oczekiwaniu, nie dostał przydziału do Marynarki Wojennej. Później trafił do niewoli, uciekł z niej i walczył w AK. Przeżył wojnę i w PRL pracował jako nauczyciel. Podobny los spotkał inicjatorów akcji, Władysława Bożyczko i braci Lutostańskich – wszyscy trzej walczyli podczas wojny i umarli nie realizując swojej misji w latach 70. XX wieku.
      Jaki naprawdę był pomysł polskich wojskowych? Do końca nie wiadomo. Część badaczy tematu spekuluje, że miała to być jedynie prowokacja mająca na celu danie jasnego sygnału dla Niemców: jeżeli wejdziecie, traficie na naprawdę zaciekły opór. Inni sądzą, że były to jak najbardziej realne plany, jednak z nieznanych powodów nie zostały zrealizowane.

      Bibliografia:

      • Benedyczak Waldemar, Samotni wojownicy, Lampart, Warszawa 1995;
      • Klatka Narcyz, Polskie żywe torpedy w 1939 roku, Gdański Dom Wydawniczy, Gdańsk 1999;
      • Wytrych Mateusz, Jeśli zajdzie taka potrzeba... Polskie żywe torpedy, „W drodze”, nr 9, 2009.
      Redakcja: Tomasz Leszkowicz
      https://histmag.org



      Święto Dziadów obchodzone jest wśród Słowian kilka razy do roku. Najbardzie znane są Dziady wiosenne i jesienne. W przeciwieństwie do świąt solarnych (równonoc i przesilenia letnie i zimowe) dokładna data obchodów Dziadów w przeszłości każdego roku wiązała się z fazą księżyca.
      Nie było to święto „żałobne”, nie było też ono smutne i wypełnione żalem po zmarłych. Służyło przede wszystkim nawiązaniu kontaktu z przebywającymi w Nawii duchami zmarłych przodków. Jedną z metod nawiązania takiego kontaktu był taniec. Wprawienie się podczas tańca w trans umożliwiało kontak z duchami przodków. Dzisiaj może szokować tańczenie w pobliżu grobów, ale tak u Słowian było. Oni nie rozpaczali za zmarłymi a szukali z nimi kontaktu. Ważną częścią obrzędów było palenie przy grobach świętego dla Słowian ognia oraz ucztowanie na grobach/przy grobach zmarłych przodków.


      .
      Święto Dziadów miało duże znaczenie z kilku powodów. Nawiązywanie kontaktów z przodkami i zasięganie u nich rad było gwarantem kontynuowania przez żyjących w Jawii wiary, tradycji i kultury przodków, którzy odeszli do Nawii. Trwanie Słowian przy własnej tradycji przez tysiąclecia brało się m.in dzięki tym obrzędom. To kontakty z duchami przodków i słuchanie ich rad stanowiło o niezmienności tradycji Słowian w myśl przekonania, że to co było dobre dla naszych przodków będzie dobre i dla nas. Dawało to siłę i wolę trwania przy słowiańskiej wierze, kulturze i tożsamości nawet po podbiciu Słowiańszczyzny przez mroczną, mściwą, i fanatyczną rzymską szubienicę.
      Innym ważnym aspektem Dziadów związanym z nawiązywaniem kontktów z duchami przodków była wiedza o Nawii i pewność tego, że duch/świadomość człowieka nie ginie wraz ze śmiercią ciała fizycznego. Przodkowie nadal żyjący w duchowej postaci w Nawii, a z którymi się kontaktowano,  byli tego dowodem. Odbierało to Słowianom lęk przed śmiercią, tak typowy dla ludzi, którzy nie mają wiedzy o trwaniu ludzkiej świadomości w ciele duchowym po śmierci fizycznej.
      Przywrócenie świętowania słowiańskich Dziadów jest wyrazem naszej woli trwania przy naszejwłasnej słowiańskiej duchowości, kulturze i tradycji.
      Jak wszystkie inne zwyczaje i obrzędy pogańskie Dziady były zaciekle tępione przez nadjordańską dżumę. Ale gdy tradycja pogańska okazała się zbyt silna i nie do wytępienia jahwiści użyli ich starego podstępu – podszyli się pod Dziady i ustanowili ich skatoliczoną wersję – „zaduszki”. Nie przypadkowo żydo-katolickie „zaduszki” obchodzone są właśnie w okresie tradycyjnych słowiańskich Dziadów. Nie przypadkowo też obchodzone są dzień po żydłackim „święcie wszystkich świętych”, które też nieprzypadkowo obchodzone jest w tym samym czasie. Widać tutaj perfidię i psychomanipulację żydłactwa – najpierw owieczki mają czcić „wszystkich świętych” – czyli hołdować mają  żydo-katolickich „świętych” i „męczenników”, a dopiero następnego dnia wspominać mają własnych zmarłych. Wymowa jest oczywista – „świętych” i „męczenników” kk owieczki czcić mają w pierwszej kolejności, własnych zmarłych dopiero po nich. Wpaja to owieczkom wyższość żydłackich „świętych” nad własnymi przodkami.
      „Zaduszki” będące nieudolną imitacją Dziadów są obrzędem raczej smutnym. Brak w nim uczty na grobach zmarłych, brak tańców, brak przede wszystkim nawiązywania kontaktów z duchami przodków. To ostatnie jest zaciekle tępione przez żydłacki kler. Za zmarłych należy się modlić – czytaj – żebrać u mściwego i niemiłosiernego „boga-ojca” Jahwe o łaskę i miłosierdzie dla zmarłych. Wymowa „zaduszek” w połączeniu ze „wszystkimi świętymi” jest jednoznaczna – życie jest nicością i liczy się tylko „zbawienie” – a to można osiągnąć jedynie słuchając „nauk” kk, naśladując „świętych” i żebrząc u Jahwe ludobójcy, u obrzezanego cieśli wykreowanego na „syna bożego” i u „wszystkich świętych” o miłosierdzie, litość i „zbawienie”. Te „święta” mają – przypominając owieczkom o śmierci i wyssanym z palca piekle, a co na cmentarzach głosi podczas żydłackich obrzędów żydłacki kler – trzymać owieczki strachem przed  wiekuistym potępieniem w posłuszeństwie wobec kleru. Strach to najlepsza metoda na wymuszanie posłuszeństwa. KK wie o tym od zawsze. I od zawsze trzyma owieczki strachem w posłuszeństwie.
      „Zaduszki” w połączeniu ze „wszystkimi świętymi” obliczone są na podtrzymywanie w owieczkach przywiązania do „tradycji” nadjodrańskiej dżumy. Utrzymuje je w oderwaniu od naszej własnej, słowiańskiej tradycji, kultury i tożsamości. Polskim (i nie tylko) owieczkom zrabowano ich słowiańską tożsamość czyniąc je duchowymi żydami, żydłakami, wyznawcami żydowskich bożków i idoli, żydowskich bredni „objawionych”, żydowskich guseł i zabobonów.
      Powróćmy do słowiańskich korzeni. Powróćmy do słowiańskiej tożsamości. Odbudujmy cywilizację i kulturę słowiańską. Świętujmy Dziady słowiańskie, a nie żydłackie „zaduszki”.
      .
      opolczyk
      https://opolczykpl.wordpress.com







              To są sekretne akta KGB dotyczące UFO , rosyjskiej katastrofy z 1969.

       Jest to pewna informacja i nie można doszukać się tu żadnych niespójności. Jest to stary film zakupiony na czarnym rynku za 10000$ i jakimś sposobem ujrzał światło dzienne. Nie jest to jednak dziwne, bo materiał ukazuje zarówno statek kosmiczny jak i  niebieskawo-zielone ciało obcego, które zostało odkryte na miejscu. To wystarczające dowody aby wywołać panikę na całym świecie, gdyby dziennikarze zaczęli to roztrząsać. 







         Pytamy: czy kosmici są prawdziwi? Ale zapewne to samo pytanie zadają sobie "oni" o nas. 

      Mogę ręczyć za to, iż przedstawione dowody są prawdziwe. Macie moje słowo.

       To prowadzi do kolejnej sprawy... kontynuacji misji Apollo... potajemnie. NASA przekonała ludzi, że kończą misje po Apollo 17, ale  kontynuowali je aż do 20. Rosja była częścią tego przedsięwzięcia. Na panelu NASA umieszczone są flagi obu państw, co widać na video Apollo 20. Misja miała miejsce około roku 1974-1975. Czyli 4-5 lat po rozbiciu się UFO w ZSRR.

       Pamiętam rozmowę z Williamem Rutledgem (astronauta z misji Apollo 20) na Youtube Messages powiedział, że widział zarówno UFO cygaro jak i trójkątne w kraterze Delporte na naszym Księżycu. Zostały one przez nich zbadane. Miałem wątpliwości ale byłem pierwszą osobą, która znalazła obiekty w kraterze Delporte i pokazałem to publicznie. William był bardzo podekscytowany. 

       Nie podejrzewał, że takie zdjęcie istnieją i był zachwycony, gdy mu o tym doniosłem. Miał około 77 lat kiedy rozmawialiśmy, ale... niestety  już go nie było z nami. Przestał z kimkolwiek rozmawiać po tym, jak jego konto na Youtube zostało zhakowane przez rząd Stanów Zjednoczonych.

      Scott C. Waring

      Raport stwierdza:

      Szczegóły z Rosyjskiej Katastrofy z  około roku 1969 są poszlakowe i cokolwiek podejrzane. Ta sprawa pochodzi z tak zwanych "Sekretnych akt KGB", które podobno zostały przemycone z byłego Związku Radzieckiego. Podobno zapłacono 10000 $ za informacje. Detale z tych że sekretnych akt zostały upublicznione po raz pierwszy 13 września 1998 roku, jako część programu "The Secret UFO Files of the KGB" telewizji TNT. Show uwzględniało niezwykły film i zdjęcia odkrytego UFO, a także część filmu z autopsji kawałka ciała "obcego".

       Wydarzenie, według akt miało miejsce w obwodzie swierdłowskim w Jekaterynburgu. Zdarzenie to miało typowy schemat jak w wielu tego typach raportach. Ta ognista katastrofa nieznanego obiektu miała miejsce w marcu 1969 roku. Cała strefa została zabezpieczona przez wojsko radzieckie, znaleziono jednego martwego obcego we wraku. Szczątki wraku i zwłoki zostały przetransportowane do sekretnej lokalizacji. Dokonano tam autopsji ciała obcego. Statkowi zostały zrobione zarówno zdjęcia jak i filmy, uwieczniono jego przeszukiwanie oraz autopsję znalezionych zwłok. Widać na niej jedynie tors i ramię. Wnosząc po ich rozmiarach należały do niewielkiej istoty.

       Obrazy z miejsca zdarzenia wydaj się być autentyczne z przynajmniej kilku powodów. Ciężarówka z filmu to ZIS151, model z lat pięćdziesiątych, który od dawna nie był już używane przez wojsko i naprawdę trudno byłoby takie znaleźć aby sfilmować oszustwo. Inne elementy również nie budzą zastrzeżeń, jak zachowanie żołnierzy, timing filmu i padanie cieni, i sam wrak statku. 

      Jest również kilka dokumentów potwierdzających to wydarzenie oraz naoczny świadek, który przysięgał, że odkrycie było prawdziwe. Film z autopsji pokazuje ludzi bez czepków oraz odzieży ochronnej, co z początku budziło moje zwątpienie, jednak w wyniku dalszych poszukiwań doszedłem do wniosku, że jest to typowe dla Rosji tamtej epoki.

      Umeblowanie w pomieszczeniach są odpowiednie do okresu  w Rosji, prawdopodobnie nadal można takie znaleźć. 

      Trzech mężczyzn około 20-tki i 30-tki wykonują procedurę a kobieta robi notatki. Jest to stenografka KGB O.A. Pshonikina. 

      Tors i ramię obcego lezą obok siebie na stole podczas autopsji oraz widać dokumenty z jej przebiegu. 

       Pomimo poprawy stosunków pomiędzy Stanami a Rosją w ostatnich latach nadal jest spora przepaść.  Wszelkie uzyskiwane informacje wymagają tłumaczenia i niekiedy skomplikowanej interpretacji. To przykre, że współpraca między tymi dwoma mocarstwami nie jest ściślejsza. Dostęp do tej sprawy z 1969 roku, autopsji, jest trudny. Dopóki więcej informacji nie zostanie udostępnionych sprawa pozostanie niepotwierdzona.










      www.ufosightingsdaily.com


      Tłumaczenie:

      Zgaga






      Mundus vult decipi – ergo decipiatur – Świat pragnie być oszukiwany, dziej się wola jego!


      Pod zaborami okultyzm był zakazany – jak łatwo się domyślić – najtrudniej z tą sprawą było w zaborze rosyjskim, a najbardziej swobodnie było pod Austro – Węgrami. Nic dziwnego więc, że niektóre czasopisma donosiły: „Jak zaświadczają różne o tem sprawozdania, pukanie daje się słyszeć jakby wychodziło z wnętrza stołu”. W dwudziestoleciu międzywojennym nastąpiła swoista moda: „Nie ma tak małego zebrania, gdzieby nie próbowano ciekawego eksperymentu, który tyle robi w Ameryce i Niemczech hałasu”. Dość popularnym było organizowanie domowych spotkań przy stoliku, zbierano się, aby poczuć dreszczyk emocji, zabawić się w „duchowiznę” – jak nazywano wywoływanie duchów. Jednak bywali i tacy co starali się w naukowy sposób podejść do tego interesującego tematu.

      „Mała Stasia”

      Początkiem XX wieku w Warszawie żyła Stanisława Tomczykówna, której przypisywano niezwykłe umiejętności: „Tem medjum o działaniu fizycznem (…) jest młoda panna z Warszawy, ładna, prosta, skromna, inteligentna, jakkolwiek bez wykształcenia i nadzwyczajnie wykształcona pod względem medjumicznym”. Tomczykówna miała siłą woli unosić przedmioty – nie tylko u siebie, ale także np. w sklepie do którego wchodziła. Nic dziwnego, że zainteresował się nią profesor Julian Ochorowicz, który robił jej specjalistyczne badania, notował temperaturę, ciśnienie powietrza a nawet samopoczucie medium. Stanisława miała mieć w sobie trzy osobowości, które manifestowały się podczas hipnozy – „Wojtek”, „Małą Stasię” oraz „Stanisława”. Umiejętnością, która mogła mieć praktyczne zastosowanie była możliwość kierowania kulki w ruletce, jednak nigdy nie zastosowano jej aby wygrać pieniądze. Cóż jeszcze umiała Tomczykówna? Z jej rąk wydobywała się substancja przypominająca nitki: „Jest to prąd lub emanacja z końców palców medjum, zachowująca się jakby włókna i pasma jakiejś substancji niewidzialnej, zdolnej wywołać skutki mechaniczne poza granicami ciała, Posiadają one pewną spoistość, są elastyczne, ale dość sztywne by wywołać nacisk”, Co ciekawe, postać naszej bohaterki zainteresowała Marię Skłodowską Curie, która w 1909 roku była na jednym z seansów. Niestety, może w wyniku stresu, Tomczykówna była wtedy podejrzewana o oszustwo. A może to nasza noblistka miała zbyt zamknięty umysł aby uwierzyć w nadprzyrodzone możliwości?

      Czy duchy znają język angielski?

      W każdym razie w działaniach magicznych dostrzeżono także sposób na biznes. Pojawiły się pisma, które co rusz donosiły o nowinkach ze światka okultyzmu. Jednym z nich był „Hejnał” wydawany przez Jana Hadynę. Gazeta ta opierała się w dużej mierze na przepowiedniach etatowej pani jasnowidz Agni P. czyli Agnieszki Pilchowej. Można tam przeczytać nie tylko objawienia duchowe czy relacje z wizyt astralnych ale także artykuły o zdrowiu czy dietetyce, Dość opisu, niech przemówi fragment: „Otóż gdy ciało człowieka odpoczywa, np. podczas snu lub siedzenia bez pracy, w naczyniach krwionośnych krąży tylko połowa całej ilości krwi, jaką człowiek posiada. Reszta znajduje się w zbiornikach:. Najważniejszym z takich zbiorników na rezerwy krwi, czekającej na chwilę zwiększonego wysiłku jest śledziona. Stanowi ona jakby rodzaj stawu, w którym zbiera się krew, w danej chwili organizmowi niepotrzebna. Również i wątroba jest takim zapasowym jeziorem dla krwi.” Czy jest na sali lekarz?. Tak czy inaczej, pismo odnosiło całkiem niezłe sukcesy. W Łaziskach organizowano nawet wspólne spotkania, gdzie przemawiał duch opiekuńczy (ustami medium oczywiście). Koło miało także własną bibliotekę (260 tomów o tematyce spirytystycznej) a także nawet swoją orkiestrę. Nie mogę powstrzymać się także, aby nie wspomnieć o tym, że „Hejnał” donosił nawet, że w USA założono szkołę angielskiego dla duchów. Tamtejsi spirytyści po prostu nie potrafili porozumieć się z duchami Indian, a więc kilku innych zmarłych pisarzy pomogło badaczom w komunikacji.

      Nie wszystko jednak można było robić bezkarnie. W lipcu 1937 do sądu trafił autor książki „Czarna magia”, który tak reklamował swoje dzieło: „Baczność. Prawdziwą czarną magję, nie podrabianą i nie żadne głupie figle można nabyć tylko u Rosenfelda. Każdy bez wyjątku, może wywoływać duchy, demony, odgadywać cudze myśli, pokonywać wrogów, stać się niewidzialnym, odnaleźć złoto schowane pod ziemią, zadawać rany na odległość itp. Hypnotyzowanie siłą wzroku. Różdżka czarodziejska służąca do wykrywania skarbów. Najgłębsze tajemnice Mojżesza i Salomona. Lustro magiczne. Każdy może zdobyć te wszystkie sekrety i jeszcze 639 innych tylko za 2 zł. 25 gr.”.




      Sceptycy

      Nie wszyscy jednak wierzyli w magię. W Ilustrowanym Kuryerze Codziennym można było przeczytać relację St. Ardensa: „Dają mi dość długo czekać, widocznie mag rozmawia z gwiazdami, albo z muzą grafologji. – Wreszcie wchodzi – o shocking! – w pantoflach. Jest mały, szczupły, mocno kudłaty i bardzo nie efektowny. Ruchem ręki prosi mnie dalej (…) wkraczamy do sanktuarium. Akcesoria już przygotowane. Na krześle, dość dziwacznie ustawionem w kierunku drzwi drugiego pokoju siedzi mała Żydóweczka z zawiązanemi podwójną (po co?) czarno i białą przepaską oczyma. P. Szyller-Szkolnik podaje mi kartkę i każe napisać: imię, wiek, imiona żony, ilość dzieci. Czynię to – i darujcie mi czytelnicy – popełniam oszustwo, podając fałszywe imię własne, żony i nieprawdziwą liczbę dzieci. (…) Następnie prowadzi mnie do medjum, które kurczowo chwyciwszy mnie za puls, zaczyna wysokim, krzykliwym głosem recytować. Dokładnie podaje szczegóły z kartki, reszta zaś to frazesy o niezwykłych zaletach charakteru, o poprawie stosunków w krótkim czasie i t.p.” Okazało się, że Szyller- Szkolnik posługiwał się przemyślanym systemem chrząknięć, gestów, ponagleń w stronę medium. Dzięki umówionym znakom było jasne co znajduje się na zapisanych kartkach. Wielu jednak wierzyło w paranormalne możliwości – wiedeński lekarz, profesor Maurycy Benedikt napisał nawet rozprawę naukową, w której porównywał mózg do odbiornika radiowego, który po prostu wyłapuje fale nadawane przez inne osoby. Pogląd taki nazywany był „nauką o antenach mózgowych”.

      Piłsudski i duchy

      Duchy nie omijały także bardzo znanych postaci czy też budynków. Jednym ze znanych, który rzekomo miał kontakt z duchami był Józef Piłsudski. Oddajmy głos Marszałkowi: „A Belweder! Gdybyście państwo wiedzieli, co się działo w Belwederze!… (…) Stale co wieczora, gdym się położył, słyszałem wyraźnie kroki do koła mojego łóżka, ku oknu i z powrotem. Po tym zaczynało się stukanie w szklane naczynie z owocami, w klosz lampki elektrycznej… Jednym słowem cała seria dźwięków niemożliwych do wytłumaczenia.” Zresztą sam Piłsudski, jakoby miał zdolności paranormalne. Wieniawa – Długoszowski opowiadał historię o tym, jak Marszałek pracował do późna w nocy paląc przy tym papierosy. Pewnego razu zabrakło mu zapałek – wystarczy, że podirytowany skoncentrował całą swoją wolę na kimś kto przyniósł by potrzebny przedmiot. Po chwili pudełeczko leżało już na biurku.

      Zaprezentowany artykuł to tylko niewielki wycinek z bogatego świata polskiej magii. Niestety wraz z rozwojem nauki, a także zmianami społeczno – politycznymi świat magii zaniknął. Dziś pozostaje nam tylko sięganie po stare pisma czy opracowania. A do Ciebie czytelniku należy decyzja czy wierzyć w zjawiska nadprzyrodzone czy też nie.

      P. Semczuk, Magiczne dwudziestolecie,  Warszawa 2014

      http://www.nieznanahistoria.pl/




      Widoczna powyżej fotografia jest pierwszym zdjęciem wykonanym w kosmosie. Została zrobiona 24 października 1946 r., czyli prawie 14 miesięcy po zakończeniu drugiej wojny światowej. Aparat fotograficzny znajdował się na pokładzie pocisku balistycznego V2, wystrzelonego z poligonu rakietowego White Sands w Nowym Meksyku.


      Jak więc widzicie, pierwsze zdjęcie wykonane w kosmosie zawdzięczamy nazistowskiej myśli technicznej, wykorzystanej wspaniałomyślnie przez dobrego Wujka Sama. Poniekąd ziścił się sen genialnego konstruktora V2, astronoma amatora Wernhera von Brauna, który marzył o tym, by jego konstrukcje przemierzały bezmiary kosmosu w celach bardziej pokojowych.


      Jak dobrze wiecie, kilka rakiet V2 oraz sam Wernher von Braun stali się własnością rządu amerykańskiego po udanym przechwyceniu arsenału i operacji Paperclip. Clyde Holliday, jeden z inżynierów współpracujących z Braunem podczas pracy nad nowymi projektami rakiet, opracował model kamery na kliszę 35 mm, która wykonywała zdjęcia co półtorej sekundy. Po zamontowaniu urządzenia na rakiecie V2, wystrzeloną ją w przestrzeń kosmiczną na krótką sesję zdjęciową.

      Efekt tej sesji pojawił się w magazynie National Geographic w 1950 r. i zrobił prawdziwą furorę. Komentarz pod zdjęciami mówił o kosmitach, którzy wizytując naszą planetę podziwiają właśnie takie widoki. Pozostaje mieć nadzieję, że kosmici nie będą "heilować" na przywitanie. ;)
      Poniżej znajdziecie zdjęcie wykonane podczas fazy wznoszenia, zestawienie panoramiczne i schemat rakiety V2.



      http://gadzetomania.pl/
      Według słownika, potwór to „zwierzę o dziwnym lub przerażającym kształcie”. Przy długości ponad czternastu stóp i ważąc prawie tonę, rekin Megachasma pelagios (ang. Megamouth) złapany przy hawajskiej wyspie Oahu jest wystarczająco duży, by nazwać go przerażającym. Jego gigantyczna paszcza, przystosowana do filtrowania pożywienia w mrocznych głębinach, była bez wątpienia dziwna. Ale, rekin ten mógł szczycić się tytułem potwora tylko przez krótki czas. Kiedy został złapany, zbadany, zidentyfikowany i sklasyfikowany stracił najważniejszy warunek bycia potworem. Został zaakceptowany przez naukę.



      Świat był kiedyś pełen potworów. Każde ciemne, nieznane miejsce mają swój przydział dziwnych i przerażających stworzeń, które wchodzą, wpełzają, wpływają i wlatują do historii i koszmarów naszych przodków. Starożytne mapy i opracowania często mają oznaczenie „Tu żyją potwory” jako znak nieodkrytego. Dziś mroczne miejsca to rzadkość, a potwory prawie całkiem zniknęły, zastąpione naukowymi nazwami i oznaczone w specjalnych słoikach. Ale morze pozostaje tajemniczym źródłem cudów i tajemnic, które tylko ktoś arogancki mógłby nazwać wyczerpanym. Ale czy zostały w morzu jeszcze jakieś prawdziwe „potwory”? Wielu sceptyków, zarówno w środowisku naukowym, jak i poza nim, twierdzi, że nie ma już żadnych olbrzymich stworzeń do odkrycia. 


      Odrzucają znaleziska takie jak Megamouth jako wynaturzenia, zwierzęta na tyle małe i nieliczne, że mogą pozostawać ukryte. Ale naprawdę ogromne zwierzęta byłby już znalezione, jeśli w ogóle było coś do znalezienia. Relacje o ogromnych nieznanych stworach morskich były są tłumaczone jako źle zidentyfikowane znane już zwierzęta, złudzenia optyczne lub przewidzenia.
      Być może sceptycy mają rację co do wielu relacji o potworach morskich. Być może ogromna liczba z nich mogłaby być wyjaśniona jeśli obserwator miałby trochę więcej wiedzy. Być może niektóre tak, ale nie wszystkie. 




      „Długi na sześćdziesiąt stóp, okrągły jak beczka i z głową węża” tak opisuje stworzenie z Gloucester Bay wielu ludzi, którzy wiedzieli go w 1817 roku. Były setki, jeśli nie tysiące ludzi z różnych grup społecznych, które widziały i dziwiły się temu zwierzęciu. Wiele tak zwanych potworów morskich jest widziała przez niewielką ilość ludzi, w opuszczonych, nieodwiedzanych miejscach, ale potwory z wód Nowej Anglii były unikalne, w tym, że widziało je tak wielu ludzi, w różnych miejscach, na przestrzeniu wielu lat. Widziany prawie co rok przez dziesięć lat i sporadycznie przez większość XIX wieku, stworzenie było ścigane, strzelano do niego i nawet trafione harpunem, ale nie zostało ani zabite, ani złapane, nie pozostawiając nauce żadnego dowodu, że naprawdę istniało.


      Nieznane, z definicji zawsze jest nieznanym. Stworzenia złapane i sklasyfikowane przestają być tajemnicą, stają się raczej puzzlem w układance, kiedy trafiają na stół badacza. Ale stworzenia morskie mają fascynujący zwyczaj pojawiania się na kartach swojej historii naturalnej w najmniej oczekiwanych miejscach. Spójrzcie na rekiny. Rekiny mają wielkość rzędu od 6 stóp (Etmopterus perryi) do ponad 50 (rekin wielorybi). Nowe gatunki rekina odkrywane są prawdopodobnie częściej niż jakiegokolwiek innego dużego zwierzęcia na świecie. W późnych latach ’50 liczba znanych gatunków rekina wynosiła koło 250. Na początku XXI wieku liczba kształtowała się na ponad 350 i wciąż rośnie. Przez ostatnie 40 lat znajdowano zarówno małe i duże rekiny, Megamouth może być tego idealnym przykładem. Ale nawet czternasto stopowy Megamouth ma przed sobą długą drogę aby dopasować się do klasycznej definicji wielkiego potwora morskiego. Jak duży musi być rekin aby mógł nosić ten tytuł? Czy 65 stóp będzie wystarczające?




      Bliski krewny żarłacza białego, zwyczajowo nazywany Megalodonem, podobno wymarł około 100 00 lat temu, z powodów nieznanych nauce. Te stworzenia były jak z koszmaru, osiągając średnią długość między 80 a 120 stóp, z zębami długimi na 8 cali i paszczą tak wielką, że mogłyby połknąć krowę. Prawdziwy potwór morski według każdej definicji, jednak oddalony od nas o tysiące lat. Być może.


      W końcu XIX wieku, statek badawczy badający szczyty gór morskich na Pacyfiku dokonał zadziwiającego odkrycia. Pomiędzy roślinami, muszlami i innymi szczątkami organicznymi dna morskiego znaleźli 5-calowy ząb megalodona. Wydawał się pochodzić od megalodona o długości około 65 stóp, byłby to kolejny obiekt do skatalogowania i schowania gdyby nie jeden problem. Ząb nie był skamieniały.
      Normalnie na dnie morza, z czasem, pogrzebane w mule, wszystko o odpowiedniej strukturze organicznej skamienieje. Jest to powolny proces, zwykle zajmujący około 10 000 lat. Jeśli 65-stopowy megalodon żył mniej niż 10 000 lat temu, czemu nie teraz?


      Jeden klasyczny potwór morski, gigantyczny kalmar, z pewnością żyje do dziś, pływając w zimnych, ciemnych głębinach, jak robił od milionów lat. Chociaż jest znany i uznany przez naukę od XVII wieku, konkretne informacje dotyczące tego stworzenia są w nauce uznane za dziwne teorie i jeszcze dziwniejsze opowieści. Nauka twierdzi, że największe z tych stworzeń osiąga długość niewiele ponad 55 stóp. Odpowiednio duże aby nosić miano potwora, ale dalekie od najbardziej straszliwych możliwości.


      Kalmar, pozbawiony macek, został wyrzucony przez morze na plażę w Natal w 1924 roku. Jego ciało było szerokie na 9 stóp i długie na 28, na długo stawiając go na miejscu największego znalezionego kiedykolwiek. Jeśli jego macki byłyby proporcjonalne jak u innych kalmarów, żyjąc stworzenie to mogło osiągnąć długość nawet 115 stóp. Odpowiednio duże by nakarmić koszmary każdego kto obawia się potworów, ale ciągle raczej nie największe. 


      Wiele informacji na temat gigantycznych kalmarów pojawia się podczas sezonu polowań na wieloryby, kiedy fragmenty macek i korpusów są często znajdowane w żołądkach zabitych wielorybów. Ale wiele mówią też blizny na skórze wielorybów pozostawione przez przyssawki kalmarów, pamiątki po bitwach tytanów toczonych w mrocznych głębiach. Największa znana przyssawka miała około 4 cali średnicy, jednak znaleziono bliznę na skórze wieloryba, która miała ponad 18 cali średnicy.
      18-calowa przyssawka z pewnością pokazuje, że są giganty pomiędzy gigantami, kalmar pływający w głębinach, który osiąga długość ponad 500 stop. Koszmar potworów.
      Dzisiaj nauka jest bardziej otwarta na możliwości nowych odkryć, nawet tych dokonywanych przez amatorów. Jeśli tylko istnieje dowód w postaci zdjęć, filmów, albo próbek zamkniętych w słoikach. Ale czasami to nie wystarcza.



      W sierpniu 1960 dwóch ranczerów w Tasmanii natknęło się na duże „coś” o regularnym kształcie wyrzucone na brzeg. Truchło było długie na 20 stóp, szerokie na 18. Powierzchnia była twarda i gumowata, pokryta włosami, „prawie jak futro owcy śliskie w dotyku”. Pięć czy sześć bezwłosych szpar, podobnych do skrzeli znajdowało się po obu stronach, z przodu (?) były cztery duże, wiszące płaty, dwie po każdej stronie gładkiego, wyglądającego jak przełyk ujścia. Po poinformowaniu o odkryciu środowisko naukowe wykazywało małe zainteresowanie przez prawie dwa lata, zanim Muzeum Tasmańskie podjęło ekspedycję we wskazane miejsce. Kiedy dotarli na miejsce znaleźli bryłę w tym samym miejscu, „bez zapachu, bez żadnego śladu rozkładu, skóra była twarda jak zawsze”. To stworzenie, bryła… zostało zbadane, sfotografowane, wycięto kawałki i zabrano je do analizy. Znalezisko okazało się światową sensacją. Rozszalała się fala teorii o pochodzeniu i klasyfikacji. Wszystko od gigantycznego promienia bo stworzenie z kosmosu było sugerowane, dyskutowano o tym prawie dwa lata. Ostatecznie rząd australijski wydał oświadczenie, że materiał, który wyglądał jak nic co znaleziono wcześniej, to tylko truchło wieloryba. Włochatego wieloryba ze skrzelami, który nie rozłożył się po dwóch latach.

      W 1968 inny globster pojawił się u wybrzeży Nowej Zelandii, nawet większy niż poprzedni. Przy 30 stopach długości i 8 stopach wysokości ważył ponad 20 ton. Kolejny włochaty wieloryb ze skrzelami? Sześćdziesiąt cztery lata zanim wody Australii ujawniły swojego pierwszego glob stera, w St. Augustine, na Florydzie, znaleziono ogromnego bryłę czegoś na temat czego spory trwają do dziś.


      W 1896 roku, długi na 18 stóp, różowy, włóknisty kopiec, częściowo zakopany w piasku został znaleziony niedaleko St. Augustine. Spekulacje na temat pochodzenia bryły doprowadziły do pobrania próbek i wysłania ich do różnych naukowców i muzeów w całym kraju, włączają Smithonian, które było wtedy Narodowym Muzeum Stanów Zjednoczonych. Miejscowi i niektórzy członkowie środowiska naukowego, twierdzili, że bryła to gigantyczna ośmiornica. Za niemożliwe uznało to większość ówczesnych naukowców. Spór trwał długo po tym jak bryła zniknęła, prawdopodobnie zmyta przez wodę. Ten spór zapadł wszystkim głęboko w pamięć.


      W 1957 kawałki stworzenia zostały ponownie odszukane w Smithsonian. Używając najlepszych znanych ówcześnie metod, stwierdzono, że fragment faktycznie pochodzi od członka rodziny ośmiornic. Bazując na fotografiach z 1896 roku zbadano, że macki tej ośmiornicy mogły osiągnąć długość 75 stóp za życia zwierzęcia. Ale nauka odrzuciła zaakceptowanie tego zwierzęcia, a próbki tkanki ponownie zaginęły. Nauka prawdopodobnie zostanie nieprzekonana, dopóki kolejny okaz nie będzie znaleziony, złapany, zbadany i zamieniony w dowód w słoiku. 


      Jeśli jakikolwiek globster czy wąż morski miałby zostać wyrzucony na brzeg w dzisiejszych czasach, byłby to najlepszy moment w historii aby go zidentyfikować. Testy DNA mogłyby określić do jakiej rodziny należy stworzenie, jeśli nawet nie dokładnie określić gatunek. Ale obserwacje na całym świecie znacznie zmniejszyły swoją liczbę w porównaniu do tego ile było ich kiedyś. Kiedyś historie o potworach morskich były na porządku dziennym wszędzie tam, gdzie człowiek docierał drogą morską. Ale dziś te historie to rzadkość, a nowe obserwacje jeszcze większa. Gdzie się podziały wszystkie potwory morskie?
      Może jest mnóstwo nieznanych stworzeń w tych częściach oceanu gdzie człowiek rzadko się zapuszcza. W miejscach gdzie tylko sporadycznie statek zakłóca spokój głębin. Ale szukanie ich może sprawdzić , że odejdą w jeszcze dalsze miejsca, stracimy je do dnia kiedy każde ciemne miejsce zostanie odkryte, każda tajemnica rozwiązana i cały cud odkrywania zniknie. 


      I to będzie tragiczny cios dla wyobraźni ludzkiej. Ale do tej pory oczy i wyobraźnia razem mogą być skierowanie w stronę morza, mając na uwadze ostrzeżenie „Tu żyją potwory”.


       autor: David G Stone
      tłumaczenie z: cryptozoology.com





      "Teleskop skierowany na przeszłość": Niezwykłe zjawisko psychometrii.

      Mroźną zimą 1921 roku, członkowie Paryskiego Instytutu Metafizycznego zebrali się, aby wystawić na próbę pewną jasnowidzącą. Ktoś wysłał list, który przechodząc z ręki do ręki wśród zebranych miał trafić do rąk medium, która miała powiedzieć co zawierał. Kiedy jeden z obecnych, pisarz Pascal Forthunny, ścisnął w w dłoniach kopertę, powiedział: "Trudno wymyślić coś, co w żaden sposób nie dotyczy nikogo z nas". Po czym, zamknąwszy oczy, oświadczył: "O, tak... Widzę zbrodnię, morderstwo...".

      Kiedy wszyscy już spróbowali swych sił, adresat listu oświadczył: "Panowie, to jest list napisany przez Henrego Landru". Człowiek ów, zwany "Niebiesko brodym", w chwili eksperymentu znajdował się w więzieniu, oskarżony o zamordowanie 12 kobiet.

      Sceptyk, Forthunny, nieopatrznie wydał się, że posiada zdolność psychiczną zwaną psychometrią, to znaczy umiejętność rekonstrukcji "historii" przedmiotu, jedynie trzymając go w ręce. Według naukowca, który wymyślił tę nazwę – amerykańskiego lekarza Josepha Rodesa Buchana – jest to zdolność którą posiadają wszyscy ludzie, choć większość z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. Buchanan, który był profesorem medycyny w Kentucky, zaczął domyślać się jej istnienia już w 1841 roku. Wtedy właśnie poznał duchownego, Leonidasa Polka, który wyznał mu, że jest w stanie rozpoznać mosiądz przez dotyk – nawet w całkowitej ciemności – gdyż w jego ustach pojawiał się specyficzny smak.

      Buchanan - który wówczas interesował się frenologią, czyli nauką, która stara się ustalić charakter danej osoby, oceniając wygląd jej twarzy i kształt czaszki – był pod wielkim wrażeniem osoby Polka i postanowił poddać go badaniom, uważając go za bardzo interesujący "obiekt" frenologiczny. Potem postanowił eksperymentować ze swoimi uczniami. Zapakował niektóre próbki minerałów w gruby papier i dał je do zbadania uczniom. Z wielką satysfakcją odkrył, że wielu z nich bez trudu rozpoznawało mosiądz, żelazo, ołów itd., kładąc ręce na paczkach zawierających poszczególne metale. To samo działo się z cukrem, pieprzem i octem.

      Według Buchanana, wytłumaczenie tego zjawiska związane było z obecnością w opuszkach palców tego, co nazwał "aurą nerwów", która pozwalała odróżnić różne typy metali w taki sam sposób, jak przy dotknięciu ich końcem języka. Hipotezę tę zdawał się potwierdzać fakt, że kiedy eksperymentująca osoba dotykała przedmiotu spoconymi dłońmi jej zdolności percepcji zwiększały się zgodnie z zasadą, iż spocona skóra jest lepszym konduktorem od skóry suchej. Hipoteza Buchana zaczęła nabierać konkretów, kiedy jeden z jego bardziej uzdolnionych uczniów – niejaki Charles Inman – potrafił nie tylko powiedzieć co jest napisane w zamkniętym liście, ale również opisywał charakter nadawcy. Dla Buchanana było to możliwe właśnie dzięki aurze nerwów, której ślad pozostawiał autor listu.

      Inman, który był niezwykle czuły, zdołał wychwytywać ten delikatny ślad, dzięki swojej własnej aurze, synchronizując się na tym, co zdawało się być niedostępne. Krótko mówiąc, Inman osiągał tak dobre wyniki dzięki temu, że posiadał wyjątkową sensytywność, podobnie jak w przypadku psów myśliwskich, których powonienie rozwinięte jest w sposób wyjątkowy. Jednak hipoteza Buchana okazała się być niewystarczająca, kiedy Inman zaczął osiągać te same rezultaty, posługując się zdjęciami – dagerotypami, jak wówczas je nazywano – dokładnie zamkniętymi w zapieczętowanych kopertach. Jednak i w tym przypadku amerykański badacz bronił swojej teorii: jako, że fotografia była w kontakcie z obiektem i jego aurą, to właśnie ta ostatnia stawała się nośnikiem, który pobudzał reakcję psychometry.

      Ostatecznie Buchanan musiał ustąpić, gdy odkrył, że również anonimowe fotografie z gazet spełniały tę samą funkcję co zdjęcia.

      Kiedy profesor Wiliam Denton, geolog na uniwersytecie w Bostonie, przeczytał badania nad zjawiskiem psychometrii – przypominamy, że nazwa ta oznacza "miarę duszy" – przeprowadzone przez Buchanana, zafascynowały go one do tego stopnia, że sam postanowił się nimi zająć. W domu miał doskonały obiekt: "bardzo wrażliwą" siostrę Ann, która okazała się posiadać zdolności psychometryczne jeszcze bardziej niezwykłe niż w przypadku Inmana; poza tym jego żona również przejawiała znaki wielkich zdolności w tej materii. Pani Denton nie tylko potrafiła opisać nadawcę listu, ale również podać jego wygląd fizyczny i opisać środowisko, w którym żył.

      Wówczas Denton zrobił kolejny krok do przodu.

      Jeśli medium sensytywne jest w stanie wychwycić wrażenia związane z listem, to czemu nie spróbować ze skałą, która prawdopodobnie jest "nasączona" tym, co działo się wokół niej, zakładając, że ów proces absorpcji trwał latami? I tak, począwszy od 1853 roku, Denton badał psychometrów, przedkładając im próbki geologiczne oraz archeologiczne i "odkrywając z moją wielką satysfakcją, że nie mając wcześniej żadnego kontaktu z próbkami, co więcej, nigdy ich nie widząc, niektóre osoby potrafiły opisać ich historię, jakby oglądały ją na na wiekim, panoramicznym ekranie".

      Pewnego dnia Denton dał Anne kawałek lawy wulkanicznej pochodzącej z wysp Hawajskich i dziewczyna natychmiast opisała "wypływający z przepaści ocean ognia, który powodował wrzenie i gigantyczne bryzgi wody". Poza tym, w bardzo znaczący sposób, opisała ona obecność kilku okrętów. Denton przeprowadził dokładne badania i dowiedział się, że w czasie opisanej erupcji wulkanicznej, która miała miejsce w 1840 roku, na morzu opływającym Hawaje obecna była flota amerykańska. Innym razem fragment kości utkwiony w kawałku wapienia wywołał fascynujący opis prehistorycznego stworzenia, oraz antycznej plaży, na której znajdowały się dinozaury. Ceramiczna skorupa indiańska wywołała wizję jednego z czerwonoskórych plemion, a odłamek meteorytu opis nieskończonych przestworzy, oraz gwiazd przedstawionych jako bliskie i ogromne. Kawałek skały pochodzący z wodospadu Niagara sprowokował wizję wzburzonej rzeki; fragment stalaktytu zaś przywołał obraz groty ze skalnymi pinaklami. Aby być pewnym, że biorący udział w eksperymentach psychometrzy nie opowiadają mu swych fantazji wywołanych przez obserwowane przez nich przedmioty, Denton pakował próbki tak, że nie można było odgadnąć ich natury i pochodzenia. Należy również dodać, że kiedy Denton poddawał danej osobie ten sam przedmiot w odstępie kilku miesięcy, wizja była zawsze ta sama, to znaczy zgadzała się z tą udzieloną jakiś czas temu, chociaż czasami różniła się w bardzo niewielkim stopniu.

      Podczas jednego z wielu doświadczeń, Denton pokazał żonie fragment płytki z mozaiki pochodzącej z rzymskiej willi, która należała do Cycerona.

      Kobieta natychmiast trafiła w cel, opisując willę, jak również szereg żołnierzy podlegających rozkazom pana domu, który był korpulentnym, wspaniale prezentującym się mężczyzną, zachowującym się jak przywódca. Denton nie mógł ukryć swego rozczarowania, gdyż powszechnie uważa się, że Cyceron był mały i drobny. Zatem doświadczenie nie do końca się udało. Jakiś czas później, kiedy Denton pisał swoje fundamentalne dzieło na temat psychometrii, dowiedział się, że wspomniana willa była również własnością dyktatora Sylli, postaci, która doskonale odpowiadała opisowi podanemu wcześniej przez jego żonę.

      Inną, niezwykłą wizję wywołało dotknięcie przez panią Denton kawałka skały wulkanicznej pochodzącej z wykopalisk w Pompejach.

      Medium nie miała pojęcia skąd pochodziła skała, ani nawet jej nie widziała. Mimo to, od razu miała wyraźną wizję erupcji wulkanu, konkretnie Wezuwiusza, który zniszczył Pompeje. Również Sherman, syn Dentona, miał tę samą wizję wzbogaconą o wiele szczegółów archeologicznych, jak na przykład widział, że "ornament dziobu okrętu był w kształcie łabędzia", co okazało się historycznie możliwe.

      Po tak wielu sukcesach Denton był bardzo podekscytowany: Buchanan i on odkryli nową ludzką zdolność, rodzaj "teleskopu skierowanego na przeszłość", który pozwalał współczesnemu człowiekowi poznawać przeszłość poprzez obserwacje wielkich wydarzeń historycznych.

      Trzymając się jego teorii, wszystko, co dzieje się na świecie zostaje zachowane w swego rodzaju "archiwum kinematograficznym" (oczywiście Denton nie mógł posłużyć się tym pojęciem). Jednak, abstrahując od niepodważalnej pewności, że istnienie zdolności psychometrycznych nie podlega dyskusji, Denton nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo zdolność ta może mylić i okłamywać. Jego trzecia książka poświęcona zagadnieniu psychometrii, zatytułowana "Dusza rzeczy", wydana w 1888 roku, zawiera opis wizji niektórych planet, które są – mówiąc delikatnie – dziwaczne.

      Na przykład, rzekomo na Wenus rosną gigantyczne drzewa i grzyby, czy też żyją monstrualnej wielkości zwierzęta, których nie spłodziłaby nawet fantazja Hieronima Bosha. Na Marsie panuje nieustannie letnia temperatura (w rzeczywistości wydaje się, że nie jest tam zbyt ciepło) i zamieszkują go humanoidy o czterech palcach, błękitnych oczach i żółtych włosach. Również na Jowiszu mieszkają błękitnookie istoty o długich, splecionych w warkocze włosach, sięgających im do bioder; potrafią one unosić się w powietrzu lekko niczym baloniki. Najwidoczniej Sherman, syn Dentona, który jest autorem większości tego rodzaju opisów, musiał rozwinąć to, co Jung nazwał "wyobraźnią aktywną", nie mogąc więcej rozróżnić tego, co sugerowała mu wyobraźnia, od autentycznego efektu wykorzystania zdolności psychometrycznych.

      To, co najbardziej porusza w sposób pozytywny współczesnego czytelnika dzieł Dentona (Dusza rzeczy) i Buchanana (Tajemnice psychometrii, z być może zbyt optymistycznie brzmiącym podtytułem Narodziny nowej ery) to ich niewątpliwe podejście naukowe – cecha, która znacząco poruszyła również im współczesnych. Na nieszczęście okres historyczny, w którym prowadzili oni badania nad zjawiskiem psychometrii, zbiegł się z czasem narodzin i największego zainteresowania spirytyzmem, który błyskawicznie rozpowszechnił się w Stanach Zjednoczonych i Europie. Oficjalnie powołany do istnienia wraz z przypadkiem sióstr Fox, pod koniec lat czterdziestych XIX wieku, w przeciągu dwudziestu lat spirytyzm "dorobił się" milionów prozelitów. Wstrząśnięta tym zjawiskiem nauka przystąpiła do kontrataku za pomocą pełnych agresji generalizujących oskarżeń o oszustwo.

      Z tego powodu, wszystko, co do tej pory miało coś wspólnego z tym, co "nadprzyrodzone" stało się przedmiotem krytyki i sceptycyzmu, a tacy badacze, jak Buchanan i Denton – poważni i zmotywowani – nigdy nie zostali w pełni docenieni. Denton zmarł w roku 1883 a Buchanan w roku 1900, obaj całkowicie zapomniani i anonimowi.

      Kolejne badania nad psychometrią były prowadzone w latach osiemdziesiątych XIX wieku przez dr Gustava Pagenstechera, Niemca, który przeprowadził się do miasta Meksyk, zadeklarowanego materialistę. Kilka lat po zakończeniu I wojny światowej Pagenstecher leczył za pomocą hipnozy pacjentkę chorującą na bezsenność, która nazywała się Maria Reyes de Zieroid. Pewnego dnia, podczas gdy znajdowała się w stanie hipnozy, kobieta powiedziała Pagenstecherowi, że w tej właśnie chwili córka podsłuchuje za drzwiami.

      Tak właśnie było. Od tamtego dnia lekarz zaczął poddawać Marię testom paranormalnym, odkrywając między innymi, że kiedy znajdowała się ona w stanie hipnozy mogła odbierać te same wrażenia co on. Przykładowo, kiedy on sypał sobie odrobinę soli lub cukru na czubek języka, również Maria czuła ten sam smak; kiedy on zbliżał płomień do palca, Maria także odczuwała rosnące ciepło. W pewnym momencie Pagenstecher postanowił dokonać eksperymentu psychometrycznego. Podobnie jak w przypadku osób poddawanych próbie przez Dentona, również Maria opisywała przedmiot i jego historię, po prostu biorąc go do ręki.

      Mając do czynienia z morską muszlą, opisywała podwodne pejzaże; trzymając kawałek meteorytu opowiadała o długiej podróży w przestrzeni kosmicznej i przelot przez atmosferę ziemską. ("Jestem przerażona, mój Boże!"). Dr Walter Franklin Prince, który poddał Marię niektórym badaniom w imieniu Amerykańskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, dał jej do ręki "fasolę morską", którą znaleziono na plaży. Zamiast morza, Maria opisała las tropikalny. Rzeczywiście, botanicy potwierdzili, iż rzekoma "fasola" była niczym innym jak rodzajem orzecha, który powstał w lesie tropikalnym, a następnie został wyniesiony do morza przez jakąś rzekę.

      Innym ważnym badaczem tego typu zjawisk był dr Eugene Osty, dyrektor Instytutu Metafizycznego w Paryżu, tego samego, w siedzibie którego Pascal Forthunny rozpoznał za pomocą psychometrii słynny list autorstwa Landru. W swoim niemal klasycznym dziele zatytułowanym "Supernormal Faculties in Mari Osty", Osty opisuje kilka interesujących testów przeprowadzonych przez niego z niektórymi psychometrami.

      Opowiada on, że w 1921 roku otrzymał fotografię na której widoczny był dobrze zapieczętowany szklany pojemnik, w którym znajdował się jakiś płyn. Przedmiot ten został znaleziony w wielkiej świątyni w Baalbek. Jedna z najpotężniejszych jasnowidzów, pani Moral, gdy tylko wzięła zdjęcie do ręki – było ono tak niewyraźne, że mogło przedstawiać cokolwiek – zaczęła mówić, że przedmiot ten przypomina jej miejsce, w którym znajdowali się zmarli. Szczególnie przed oczyma jej umysłu pojawiał się jakiś starzec. Widziała też wielką przestrzeń, ze świątyniami, kościołami; potem opisała mężczyznę, który był najwyższym kapłanem. Szklany pojemnik zawierał krew człowieka, który został złożony w ofierze w dalekiej krainie i został pochowany w grobie starego kapłana, na znak pamięci.

      Sam Osty nie miał pojęcia co przedstawiała fotografia, jak wielkie zatem było jego zdziwienie, gdy dowiedział się od inżyniera, który znalazł szklany pojemnik, że był on elementem wyposażenia pogrzebowego bogatego grobowca, który odkryto w dolinie Bekaa.

      Oczywiście przypadek ten poddaje w wątpliwość wszystkie dotychczasowe oficjalne hipotezy dotyczące zjawiska psychometrii. Rzeczywiście, teoria Buchanana – według której zjawisko to polega na pobudzeniu aury nerwów, co uwrażliwia medium na wrażenia pochodzące od przedmiotów – przestaje być słuszna, gdyż wszystkie informację psychometryczne stają się dostępne również za pośrednictwem anonimowego zdjęcia w gazecie, teoretycznie całkowicie pozbawionego indywidualnego odcisku. Również idea zaproponowana przez Dentona, według której przedmiot może "fotografować", czy też "rejestrować" to wszystko, w czym uczestniczy, zdaje się być nie do obrony. W przypadku fragmentu mozaiki pochodzącej z rzymskiej willi, obserwacja świata musiałaby być bardzo niepełna i wizja rzymskich żołnierzy – jaką miała pani Denton – musiałaby ograniczyć się do ich poruszających się nóg. Być może hipoteza, która najlepiej odpowiada faktom, związana jest ze zdolnością psychiczną zwaną jasnowidzeniem, czyli szczególną zdolnością poznania na odległość tego, co dzieje się w danym miejscu, w danej chwili. Jednak zdolność Polka do rozpoznawania różnych typów metalu przez smak ma niewiele wspólnego z jasnowidzeniem. Również i w tym przypadku – podobnie jak w wielu innych obszarach badań paranormalnych - nie możliwe jest wytyczenie wyraźnej lini oddzielającej jedno zjawisko od drugiego.

      Niektórzy znakomici współcześni psychometrzy, jak Gerard Croiset, Peter Hurkos i Suzanne Padfield, oddali swoje zdolności na służbę policji, aby pomagać w rozwiązywaniu szczególnie trudnych spraw. Suzanne Padfield zdołała podać policji sowieckiej tożsamość mordercy dziecka, nie ruszając się ze swojego domu w Dorset, w Wielkiej Brytanii.

      Należy dodać, że niektóre medium, jak na przykład Croiset, nie lubią być nazywani psychometrami, czy jasnowidzami, przedkładając nad te nazwy określenie "paragnostyk", oznaczające człowieka posiadającego zdolności do poznania tego, co znajduje się poza granicami poznawczymi zmysłów, tak jak je powszechnie rozumiemy.



      Opracowanie i tłumaczenie: tomasz.czerka
      Paranormalne.pl
      źródło: www.misterieleggende.com